Książka – Świadectwa Boga i diabła Cz.II „TAJEMNICE”

Bracia i siostry, dziś oddaję wam fragmenty mojej książki: Świadectwa Boga i diabła Cz.II „TAJEMNICE”. Książka ta jest wersją surową, ze względu na wypełnienie się już niektórych zawartych w niej treści nie wszystko będzie ujawnione. Z powodu braku funduszy, odłożone zostało jej papierowe wydanie. Jeśli znajdzie się wydawnictwo zainteresowane korektą i wydaniem tej książki, zapraszam do kontaktu: apostolus@onet.pl

Dziś oddaję jej część, byście wiedzieli, jak ważna jest pokuta i modlitwa w życiu człowieka, jak ważne jest zbawienie duszy.

Fragmenty wyłącznie do odczytu. Kopiowanie, rozpowszechnianie i przedruki zabronione bez zgody autora: Kamil Stanisław Banasiowski

KSIĄŻKA

Świadectwa Boga i diabła Cz.II „TAJEMNICE”

Autor: Kamil Stanisław Banasiowski

Na początek

Pewien kapłan rzekł: „Nie bierzcie przykładu z człowieka, nie bierzcie przykładu nawet ze świętych, bo każdy jest grzeszny, także święci byli. Bierzcie przykład z Jezusa, albowiem On jest doskonałością – z Niego bierzcie przykład, i z Matki Jego Maryi – z Nich bierzcie przykład

Prawa przyjaźni z Chrystusem

” 12 To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. 13 Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. 14 Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. 15 Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. 16 Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. 17 To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. ” [J15,12-17]

Książkę tę napisałem dla Chwały Bożej

Chwała Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu. Teraz i na wieki.

Chwała Najświętszej Pannie Maryi, Królowej serca mego.

Książkę dedykuję Klaudii, mojej ukochanej córce, oraz Ani, mojej żonie, i wszystkim tym, których noszę w swoim sercu, wszystkim tym, o których pisałem, wszystkim tym, do których pisałem.

Wstęp

Książka ta jest kontynuacją poprzedniej części Świadectwa Boga i diabła, jest także obietnicą jaką w niej złożyłem. Wszystkie opisane w niej wydarzenia są prawdziwe. Ta książka jest dla mnie szczególnie trudna, gdyż dotyka sfery bardzo osobistej nie tylko mojej, ale również moich bliskich. Dotyka Kościoła i jego hierarchów, dotyka świata polityki i znanych ludzi, dotyka objawień oławskich, Polski i całego świata, oraz tego wszystkiego co przyjść musi. Jestem w pełni świadomy swojej odpowiedzialności za każde zawarte w niej słowo, przed Bogiem i ludźmi. W tej książce są zawarte autentyczne świadectwa Boga i diabła oraz wielkie tajemnice, które czas już wyjawić.

Z serca błogosławię wszystkim, co czytają tę książkę. Autor

1.Syn pierworodny

Kiedyś, gdy zawarłem przymierze z Bogiem i stanąłem do walki z diabłem, bałem się, lecz ja Bogu zaufałem i podjąłem tę walkę, walkę na śmierć i życie, zdając sobie sprawę, że nie będzie łatwo, że przyjdzie cierpienie, ale nie myślałem, że będzie tak wielkie. Lecz nie żałuję tej decyzji, przeciwnie – Bogu za nią dziękuję.

„34 Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz.35 Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; 36 i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. 37 Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. 38 Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. 39 Kto chce znaleźć swe życie, straci je. a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.” [Mt10,34-39]

Tak też się stało, domownicy stali się moimi przeciwnikami. Mój syn został opętany przez szatana i zwrócił się przeciwko mnie. W dniu 13 czerwca 2015 wszedł do kościółka pw. Matki Bożej Śnieżnej dokonując profanacji tego kościoła, zaś obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus przebił widłami. Nie wiedział dlaczego to zrobił, dręczyło go to co uczynił. Błogosławiona to wina jak powiedział ksiądz proboszcz Stanisław Styś, albowiem okazało się przy jego renowacji, że obraz ten liczy sobie niemal 600 lat i jest jednym z trzynastu, a prawdopodobnie tym trzynastym, który powstał w warsztacie „Mistrza Matki Boskiej z kościoła św. Marka”, około połowy XV w. Obraz ten był uznany za Cudowny Obraz, poprzez cuda jakie się wtedy przy nim dokonywały i dokonują po dziś dzień. Sam jestem tego świadectwem i zaświadczam o cudownym działaniu Maryi. Dziś Cudowny Obraz znajduję się w kościele pw. NMP w Iłży. Gdy mój syn wbił Matce Bożej widły w Serce, ból przeszył również moje serce, choć nic o tym nie wiedziałem, co w tym czasie czynił. Szatan zaatakował również mnie, serce mi szalało, a cierpienie było tak wielkie, że w konsekwencji wylądowałem na szpitalnej izbie przyjęć. Lecz nic nie stwierdzono, EKG wyszło prawidłowo, choć podczas jego wykonywania rozrywało mi serce, a ciałem targało jakbym był kopany. Po kilku dniach dowiedziałem się dopiero co uczyniło w tym dniu i w tym czasie moje dziecko, mój kochany syn. Ponad dwa lata pokutowałem, pościłem i modliłem się do Boga prosząc o miłosierdzie dla niego, jego zaś Matce Bożej zawierzyłem. Gdy zbliżała się jego śmierć, to trzy miesiące wcześniej już ją czułem, poznałem również duchy nieczyste, które się do jego śmierci przyczyniły. Był taki wieczór gdy syn mój wyszedł z domu mówiąc, że wróci jeszcze zanim mama przyjdzie z pracy. Gdy wyszedł padłem na kolana, bo takie miałem natchnienie i Różaniec za niego zmawiałem. Gdy go zakończyłem zwróciłem się do Boga – Ojcze, Ty wiesz jak ja go bardzo kocham, Ty wiesz jak bardzo pragnę jego nawrócenia, jednak uczyń z nim co zechcesz, tak jak zechcesz, tak jak Ty chcesz – nie jak ja. Święta jest Twoja wola. Do Maryi się zwróciłem inaczej niż zwykle, nie prosiłem o nic, za nic nie dziękowałem. Powiedziałem tylko – Matko, niech będzie tak, jak chce Bóg. Święta jest wola Boża. Pięć godzin później mój syn był już martwy, a ciało znaleźli dopiero wieczorem. Choć moja modlitwa była szczera, z głębi serca płynąca, to pojąłem jej słowa dopiero gdy nie wrócił do domu, rankiem o ósmej godzinie. Wiedziałem już, że nie wróci, płakałem mówiąc do Boga: Skoro tak postanowiłeś Panie – święta jest Twoja wola. Piątego dnia oddałem jego duszę Bogu w Kaplicy, namaszczając jego czoło swoją śliną, bowiem księdza nie było, i nikogo przy tym nie było. W kolejnych dniach miały miejsce dwa objawienia. Jedna osoba widziała Bramę Niebieską namalowaną na kościele, przez którą wszedł do środka, druga osoba poznała przyczynę jego śmierci. Ja zaś mogłem się radować z jego zbawienia, choć serce mi pękało z bólu i tęsknoty. W późniejszym czasie widziałem jego zbawioną duszę, i nie jest to żadna energia, jak niektórzy twierdzą, lecz rzeczywisty byt posiadający pierwiastek Boży, pierwiastek nieśmiertelności.

Powiedziałem mojej żonie, że oddałem go Bogu, musiałem jej powiedzieć, nie mogłem przed nią tego faktu ukrywać. Mówiłem jej już dużo wcześniej co się zbliża, że będzie płakać nad jego grobem, że musi się za niego dużo modlić. Nie uwierzyła i nie mogła pojąć, i myślę, że nie może pojąć do dzisiaj. Ja zaś widząc zbliżającą się jego śmierć, gdy pozostał mu jeszcze miesiąc zwróciłem się do Boga – Panie, powiedziałeś, że nie ma większej miłości niż ta, gdy życie swoje za przyjaciela swego się oddaje. Tak ja oddaję Ci teraz moje życie za nawrócenie mojego syna – nie możesz tej ofiary nie przyjąć. Uczyniłem to, albowiem nie widziałem już dla niego ratunku. Nie lękałem się już, byłem spokojny o syna. Gy przyszła jego śmierć, to nie mogłem bardzo pojąć tego co się stało. Gdy siedziałem nad rzeką wpatrując się przez prawie godzinę na jego martwe ciało usłyszałem głos w mojej głowie : ,,Poproś Boga, a wskrzesi ci go”. Odrzekłem w swym duchu: Wiem że Bóg go wskrzesi jeśli tylko poproszę, lecz nie uczynię tego, bo przecież sam go Bogu oddałem, kimże bym wtedy był gdybym o to poprosił. Widać taka była wola Boża. Kilka dni później zapytałem Boga – Panie, nie rozumie tego, dlaczego nie przyjąłeś mojej ofiary, przecież mówiłeś, że nie ma większej miłości, niż życie swoje oddać ?! Wtedy Pan Bóg odpowiedział : ,,Przyjąłem twoją ofiarę” – i natychmiast otrzymałem w swej głowie liczby 10;30.40; oraz wszystko co miałem przez te liczby policzyć, a było tego wiele. Wszystko szybko spisałem na kartce papieru, coby nic nie umknęło. Wynik miał być datą mojej śmierci. Była to prosta matematyka. Usiadłem więc i policzyłem. Ze wszystkich obliczeń wyszła jedna data – 9 kwietnia (Niedziela Palmowa). Wtedy Duch Święty przypomniał mi słowa mojej matki, jak byłem jeszcze nastolatkiem. Wielokrotnie matka mi powtarzała, że gdy się urodziłem to leżałem w łóżku z numerem dziewięć. Dziwiło mnie wtedy, że moja mama pamięta takie drobiazgi, nieistotne, bez żadnego znaczenia, że tak często mi powtarza numer szpitalnego łóżka. Nawet msze święte zamówione za jego dusze były policzone. Okazało się, że jest ich 13-cie, a 13-ta była ostatnią, którą zresztą sam zamówiłem, a wypadła właśnie 9-go kwietnia. Wszystko jest w parafialnych księgach intencyjnych, jak i na kartce jaką dostałem od księdza proboszcza. Była jeszcze Gregorianka, trwająca 30 dni, lecz w późniejszym czasie. Miałem więc jeszcze trzy tygodnie życia. Dziękowałem Bogu i złożyłem swego ducha w wyznaczonym przez Boga dniu w kościele przed Chrystusem mówiąc: Ojcze w Twoje ręce oddaje ducha mego, przez Jezusa, Syna Twego. Amen. Dlaczego więc żyję?

Dla Kościoła żyje, by o Bogu świadczyć i Kościół na przyjście Pana przygotować. Żyję, ponieważ prawdziwa chwila próby nadeszła znienacka, niespodziewanie, w połowie wyznaczonego mi czasu stanąłem w obliczu śmierci i nie zawahałem się właśnie w tej chwili oddać swego ducha Bogu, przed wyznaczonym mi czasem. Bogu niech będą dzięki. Później przyszło zrozumienie i wszystko już pojąć mogłem. Zrozumiałem, że mój syn otrzymał po tysiąckroć więcej niżeli prosiłem dla niego, dostał życie wieczne, a ja mogłem to zobaczyć, oraz poznać miejsce, w którym zamieszkuje – mieszkania w Domu Ojca znajdziecie w gwiazdach na Płaszczu Maryi.

Było to niedługo po tym, po tej próbie wiary jaką wówczas przeszedłem, jeszcze przed wyznaczonym mi dniem. A stało się to wczesnym rankiem 25–go marca 2017, dziesięć dni po pogrzebie, w dzień po tym, jak wziąłem jego gitarę elektryczną, pobłogosławiłem ją i zacząłem na niej grać (brzękoląc jak potrafię ), wyśpiewując Chwalebne Tajemnice Różańca Świętego, dziękując Maryi za łaskę nieba jaką otrzymał mój syn Oskar, rozmawiając przy tym z Matką moją Maryją o cierpieniu Jej Serca i o moim cierpieniu, o wielu podobieństwach. Powiedziałem wtedy do Matki – ale Ty Matko swojego Syna widziałaś, bo Zmartwychwstał. Nazajutrz, o 5-tej rano i ja zobaczyłem swojego syna, co prawda jeszcze nie w ciele, a w duchu, choć wyglądał jak w ciele, jak w lustrzanym odbiciu.Twarz miał delikatną jak jedwab, lekko lśniącą, a na niej łagodny uśmiech, jego długie włosy były również niczym jedwab, a cała sylwetka miała lśniącą poświatę. Wydobywał z jego wnętrza niewyobrażalny spokój i niepojęty zachwyt – podobnie się czułem jak wtedy , gdy przychodził do mnie Pan Jezus. Syn powiedział do mnie: „ Tato, grasz nie używając chwytów (gitarowych). Jak ja się uczyłem, zaczynałem od tego” – i zaczął grać swoją pierwszą melodię. Była to prosta melodia, leczy gdy grał rozpływała się moja dusza w zachwycie, nie były to ziemskie dźwięki, lecz niebiańskie, a dźwięki te wypowiadały słowa: „ fin fine(n) fin del-fin, fin fine(n) fin-ful”. Zagrał to dwukrotnie, a gdy skończył wpadliśmy sobie w ramiona i mocno uściskali, po czym powrócił do domu Ojca, do swojego mieszkania w niebie, a ja jeszcze przez równą godzinę, a było to na jawie (od piątej do szóstej rano) słyszałem tę pieśń, która jak się okazało przedstawiała wielką tajemnicę zbawienia, a pieśń ta została wyśpiewana przez chóry anielskie. W żaden sposób nie da się opisać tego piękna. Nauczyłem się grać tę pieśń, bowiem pamiętam każdy ruch dłoni mojego syna wędrującej po gryfie gitary, a słowa tej pieśni natychmiast zapisałem na kartce. Poznałem też miejsce, w którym zamieszkuje. Dziękuję Ci Matko, Królowo serca mego.

Jakiś czas po tym zdarzeniu przyśnił się swojej siostrze (mojej córce) mówiąc jej, że był między niebem a ziemią, a tata go widział. Zastanawiałem się tylko czemu powiedział między niebem a ziemią, a nie na ziemi – faktycznie, nie przypominam sobie chwili, coby dotknął ziemi.

Na początku nie rozumiałem znaczenia wyśpiewanych przez chóry anielskie słów, nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że to aniołowie śpiewają, zwyczajnie tego nie pojmowałem. Pytałem mojego proboszcza co mogą te słowa znaczyć, pytałem również muzyków, czy to nie są czasami jakieś wartości muzyczne. Nikt nie wiedział co znaczą. Ja na wszelkie sposoby próbowałem je zgłębić wertując słowniki i tłumaczenia – bezskutecznie. W obliczu mojej bezradności dałem sobie z tym spokój, aż do pewnego momentu, gdy poczułem wielkie pragnienie modlitwy do Ducha Świętego, w której to poprosiłem Boga o zrozumienie tej pieśni, a było to trzy miesiące po moim spotkaniu z synem. Po skończonej modlitwie natychmiast otrzymałem odpowiedź. Z pośród wszystkich znanych i dostępnych języków świata wybrałem tylko trzy, w których to przetłumaczyłem tekst, a we wszystkich brzmiał jednakowo: „Cel, w końcu cel, syn pierworodny (potomek), Del-fin (gwiazdozbiór delfina); Cel,w końcu cel, spełnienie”. Syn mi po prostu powiedział – Tato, jestem u celu, spełniony, a miejsce w którym jestem nazywane jest delfinem. Choć w pieśni słowo delfin słychać było jako jedno słowo, to wrażenie było wyrazu dwuczłonowego, bo akcentowane było Del – dlatego stosuje zawsze myślnik między del a fin Del-fin, tak też zapisałem tuż po tym zdarzeniu. Del – to skrót nazwy łacińskiej gwiazdozbioru Delfina. Tak więc wyraz ten jest dwuznaczny, określa nazwę określonej konstelacji i wyraża spełnienie. Po zapoznaniu się z tą konstelacją, bo wcześniej nigdy nie słyszałem o czymś takim, rozpocząłem poszukiwania na nieboskłonie tego gwiazdozbioru. Gdy patrząc w gwieździste niebo zapytałem Boga gdzie jest mój syn, ujrzałem wielki rozbłysk bardzo daleko na północy, lecz nic nie mogłem dostrzec. W kolejnych dniach znalazłem na niebie taką konstelację, a raczej tak mi się wtedy wydawało, bo tak właśnie wyglądała – jak na rysunkach. Nie byłem jednak pewien, bo serce mówiło coś innego. Przyszło lato, jak dobrze pamiętam lipiec. Pojechałem do Warszawy, by pomóc mojemu przyjacielowi w przeprowadzce. Wróciłem do domu nad ranem, zaczynało się rozwidniać. Gdy wysiadłem z samochodu spojrzałem w niebo. Ujrzałem tuż nad horyzontem, od północnego wschodu coś cudownego, był to świetlisty delfin utworzony z gwiazd. Wpadłem w zachwyt, był przepiękny, świecący, jakże wyraźny. Spytałem Pana, czy tam właśnie jest mój syn? Ujrzałem ogromny rozbłysk po jego lewej stronie, jak z lampy flesza aparatu fotograficznego. Rozpłakałem się i podziękowałem Bogu. Dopiero po pełnym roku jego obserwacji zrozumiałem dlaczego od razu Pan mi go nie pokazał. Zwyczajnie w tym czasie nie był widoczny z naszej półkuli. Jest to gwiazdozbiór nieba północnego. Latem jest widoczny na północnym wschodzie, bardzo nisko, nad horyzontem, tuż przed wschodem słońca, jest wtedy najpiękniejszy. Zimą w czasie wieczornej Mszy jest wysoko, od południa, niemal nad kościołem. Późną nocą od zachodu rozświetla wejście mego domu. Wiosną nie widać go wcale.

Bracia, czy rozumiecie co wam dziś powiedziałem? A kiedy będziecie rozważać to co wam dziś powiedziałem, rozważcie wpierw czemu wam to powiedziałem. A jeśli mi nie wierzycie, zajrzyjcie w gwiazdy na płaszczu Maryi z Guadalupe, tam wszystko znajdziecie. Niepojęte, wszystko jest tak blisko, a zarazem tak daleko. Wszystko jest tak daleko, a zarazem tak blisko. A wszystko jest w Ewangelii, zrozumiejcie tylko.

Znam również wiele szczegółów z pobytu jego duszy na ziemi w ciągu tych pięciu dni po jego śmierci. Dziś zdradzę tylko tyle, gdyż nie sposób zamieścić wszystkiego, całej tej historii w jednym rozdziale, nie sposób jest opisać też prawie trzech lat walki o jego duszę. Pragnę poświęcić na to całą książkę – jeśli Pan Bóg pozwoli.

Na początku dusza jest zdezorientowana, nie jest pewna czy to sen czy rzeczywistość, kiedy się orientuje że nie żyje, próbuje się skontaktować na wszelkie możliwe dla niej sposoby, lecz zazwyczaj nie może, czasami coś stuknie albo huknie lub obrazek spadnie ze ściany, albo będzie miało miejsce jakieś podobne zdarzenie, w moim przypadku to był ogromny hałas, rumor na strychu w chwili jego śmierci, miały też miejsce inne wydarzenia. Ja głos syna słyszałem na własne uszy, pamiętam słowa jakie wypowiedział, wiem też o której godzinie zmarł i wiem o której godzinie miał sekcję zwłok, bo mnie obudził gdy przystępowali do cięcia jego ciała, a było to przed planowanym czasem. Czy ktokolwiek może sobie wyobrazić przerażenie, gdy widzi jak wyjmują jego wnętrzności? Lecz nie zawsze tak jest – bo nie każdy jednakowo przeżywa swoją śmierć, jedni się radują, jedni są przerażeni, a jeszcze inni mają czas by prosić o modlitwę. Dusze grzeszne rozpaczliwie szukają pobożnych serc wśród tych których znają, nie musi to być wcale rodzina, szukają kogoś kto się za nie pomodli, bo modlitwa w chwili śmierci jest prawdziwym ukojeniem dla nich, a nawet ratunkiem, lecz nie zawsze znajdą takie serca, natomiast modlitwa Matki Bożej jest zbawienna.

Moja żona podejrzewała nawet przez jakiś czas, że to ja mu coś zrobiłem, bo przecież sam powiedziałem, że oddałem go Bogu. Prawdą jest, że oddałem mojego pierworodnego Bogu, lecz w modlitwie – woli Bożej. Nie miałem również żalu do mojej żony, że mi nie uwierzyła, choć kilkakrotnie jej to wypomniałem. Wiedziałem jak bardzo cierpi, jak rozdarte jest jej serce, jak wielkie ma poczucie winy, nie tylko z powodu śmierci dziecka ale i swojego ojca, który zmarł cztery dni później. Modliłem się za nią i wciąż się modle. Bo czy ja bym uwierzył ? Nie wiem, przypuszczam że nie. Przecież nawet Panu Jezusowi nie uwierzyli i zabili Go, choć cuda czynił i wskrzeszał umarłych.

W tej całej sytuacji, w tym wielkim cierpieniu moja żona poprzez szkołę do której chodziła moja córka podała mnie do sądu o ograniczenie mi praw rodzicielskich do córki, a wszystko było w tajemnicy przede mną. Powiedziała, że Pan Jezus tak jej polecił. Miałem co do tego wątpliwości, czy to był głos Pana Jezusa, a nie podstępnego szatana. Nie wiem czyj to był głos, wiem natomiast, że wypełniła się wola Boża. Największy zarzut sformułowany przez panią kurator, z którą rozmawiałem może przez trzy minuty, gdy niespodziewanie mnie nawiedziła brzmiał: ,,Córka nie może liczyć na ojca w żadnej sprawie”. To był prawdziwy cios w serce. Niedługo po wizycie kuratora odbyła się rozprawa, było to 8-go grudnia w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi.

W sądzie powiedziałem tak jak miałem to powiedzieć, bowiem w chwili otrzymania wezwania do sądu wiedziałem co powiem, jaka jest wola Boża. Powiedziałem, że ja zostałem już osądzony, zanim jeszcze tu wszedłem, że rodzic, który ma postawiony taki zarzut nie jest godzien pełnić władzy rodzicielskich, tak ja nie jestem godzien jej pełnić. Zrzekam się zatem wszystkich praw do mojej córki na rzecz mojej żony, która jest bardo dobrą matką i zawsze dbała o dzieci. Zapadła ogólna konsternacja, wszyscy byli zszokowani, tak moja żona jak sędzina prowadząca sprawę, bo w tym wszystkim chodziło również o moją wiarę, ponoć zbyt dużą w ich mniemaniu oraz zbytnie oddanie się Bogu. Sędzina zapytała mnie : ,,Jak można kochać Boga bardziej niż własne dziecko ?! „- nie mogąc tego pojąć. Odrzekłem – kocham moją córkę ponad swoje życie, lecz Pan Jezus powiedział: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien.”- nie moja to wina, że pani nie pojmuje. Sędzina złapała się za głowę pytając samą siebie co ma robić. Moja żona zaczęła przekonywać sąd jaki to jestem dobrym człowiekiem, jak dobrym jestem ojcem, że nawet kiedyś rolki sobie kupiłem by wspólnie z dziećmi jeździć, by być blisko nich. Sędzina nie wiedziała już co się dzieje. Przyznała, że to jest jej pierwsza taka sprawa, bo przecież pięć minut wcześniej żona mnie oskarżała, a i każdy przecież walczy w sądzie jak lew o swoje dziecko, o prawa do niego, każdy komu chcą odebrać coś cennego. Tak we dwie, sędzina i żona przez cały ten czas nakłaniały mnie, abym się nie zrzekał praw do mojej córki, abym zmienił zdanie. Zgodziłem się, gdy sędzia zaproponowała nam wspólne rekolekcje oraz rozmowę z księdzem wybranym przez moją żonę, zamiast psychologów i kuratorów sądowych osądzających człowieka w trzy minuty.

Wykonaliśmy postanowienie sądu, byliśmy razem na rekolekcjach w kościele i na spotkaniu z księdzem, którego wybrała moja żona. Sprawa została umorzona. Wszystko jest w aktach sprawy. Nie były to łatwe chwile, szczególnie dla mojej nastoletniej córki, której sam wszystko powiedziałem, aby to z moich ust się dowiedziała co mówiłem w sądzie wierząc, że kiedyś zrozumie jak bardzo ją kocham.

,,A kiedy ktoś chce się z tobą sądzić i zabrać twoją suknię, oddaj mu i płaszcz.” (Mt5,40) – te słowa usłyszałem w mej głowie gdy otrzymałem wezwanie do sądu, wszystko zrozumiałem, lecz nie wolno mi było o tym mówić do czasu rozprawy. Tak właśnie uczyniłem. Nie wiedziałem jak mam to powiedzieć i jak to się wszystko skończy, lecz ufałem, Bogu ufałem. Gdy miałem mówić, bo nastala moja kolej, miałem w głowie zupełną pustkę, nie było w niej żadnej myśli, tylko jakby wiejący wiatr. Stałem przez chwilę w milczeniu, dopóki wiatr nie ustał. Gdy ustał, otworzyły się wargi moje, bowiem mówił Ten, który był ze mną. Po wyjściu z sądu zrozumiałem co się stało, dziękowałem Bogu i Matce Bożej, Jej Niepokalanemu Sercu.

2.Zbawienie

Takie oto miałem widzenie senne w końcu listopada 2018r. Byłem jakby w pokoju, jakby na piętrze, jakby jakiegoś motelu. Pokój był jasny i pusty (nie było w nim mebli). Na środku stał otwarty grób, ten sam co wybudowałem dla mojego syna. W grobowcu były trzy trumny ułożone jedna koło drugiej, ja zaś patrzyłem na nie z góry. Wszystkie trumny były zamknięte. W środkowej trumnie spoczywał Oskarek, mój syn. Wiedziałem, że on tam jest choć go nie widziałem. Po jego prawej stronie stała trumna, z której bardzo cuchnęło, jakby była świeża. Po jego lewej stronie stała trumna, w której leżała ciotka – tak słyszałem w duchu, że to ciotka, lecz nie wiem czyja. Odór był nie do zniesienia z tej trumny po prawej, czułem bardzo intensywnie pokrewieństwo z moją żoną patrząc na trumny, jakby to była jej rodzina. W pewnej chwili weszło do pokoju dwóch nieznajomych mi mężczyzn w średnim wieku, jeden z nich trzymał w rękach urnę z prochami. Mieli mieszkać w tym samym pokoju, lecz mieli wydzielony osobny kont, tuż przy wejściu do pokoju po prawej stronie. Zostali jednak oddzieleni jakby ścianką działową z jednej strony. Byli jakby oddzieleni od grobowca i od reszty pokoju. Gdy przyszli przestraszyłem się, że teraz właściciel domu dowie się, że po środku pokoju postawiony jest grób i będę miał z tego powodu kłopoty, no i w dodatku ten ogromny fetor wydobywający się z grobu. To byłoby tyle.

Przez kolejne dni zastanawialiśmy się z żoną kto był w tych trumnach przy naszym synu. Zastanawiające było również czyja ta urna, bo na pewno nikt z naszych rodzin. Minął prawie miesiąc, chyba 27 dni jak zmarła mama mojej żony. Po kolejnych 27 dniach zginął Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz – to była jak się okazało jego urna, gdyż oglądając fragment relacji z jego pogrzebu rozpoznałem tych dwóch panów co szli z urną, w szczególności tego, który trzymał ją w rękach. Wtedy jeszcze nie rozumiałem dlaczego widziałem śmierć tego człowieka, zupełnie dla mnie obcego, którego kojarzyłem z jakimiś aferami, z wystąpienia przed komisją śledczą, gdzie wywołał we mnie negatywne odczucia, przez swoją pychę, zarozumiałość i cwaniactwo.

Zrozumienie przyszło z czasem – tak jak chciał Bóg. W naszej rodzinie nastał pewien niepokój, szczególnie gdy miał nadejść kolejny 27-my dzień. Nie byłem pewien kto jest w tej trumnie, czy to ciotka dla mojej żony, bo poczucie pokrewieństwa z żoną mogło być wywołane silną wonią z pierwszej trumny (jej matki), czy raczej była to ciotka dla mojego syna, bo jeśli dla mojego syna to któraś z moich dwóch sióstr. Bez względu na to, kto to by nie był, czy z rodziny mojej, czy też mojej żony było mi z tym bardzo ciężko. Dziesięć dni przed upływem czasu rozpocząłem modlitwę za tę osobę i byłem już spokojny. Modliłem się w jej intencji ponad pół roku niemal każdego dnia, ofiarując Bogu i Maryi dziesiątkę Różańca Świętego. Teraz też się modlę za tę osobę co jakiś czas, zmawiając za nią dziesiątkę Różańca, choć nie codziennie. Codziennie jednak modlę się za wszystkich tych, których mam w swym sercu, których dobry Bóg postawił na mojej drodze i za cały Kościół święty. Zdałem sobie również sprawę, że to może przyjść jeśli jest właśnie taka wola Boża, ja zaś miałem czas na modlitwę za nią, za tę ciotkę, by mogła dostąpić zbawienia gdy nadejdzie dzień. Być może przedłużyło się jej życie o jakiś czas, być może będzie żyła jeszcze długo, bo dzień ten został odłożony, albo już przeminął i został darowany, tak jak niektóre kary gdy jest modlitwa i pokuta, a ona kiedyś dołączy do zbawionych jak pozostali w grobowcu. Czyją trumnę widziałem nie wiem, mogę tylko snuć domysły. Lepiej że nie wiem, bo któż chciałby wiedzieć takie rzeczy. Czas pokaże, ja będę się modlił, za życie i zbawienie dla tej osoby, albowiem święta jest wola Boża. Nie rozumiałem jednego w tym całym widzeniu. Czemuż to się bałem właściciela domu, że niby bez jego wiedzy grób ten postawiłem. Dziś chyba pojmuję, tak mi się wydaje – przez modlitwę moją i ofiarę moją i namolność moją, grób ten w tym domu postawiłem .

Pierwsza trumna – po prawicy

Teściowa – wypełniło się. Okazała się tą leżącą w trumnie po prawicy mojego syna, to z tej trumny wydobywał się ten okropny odór zgniłego ciała – była pierwszą z kolei. Dzień przed jej śmiercią, a było to w niedziele rankiem, pojechałem po żonę kończącą dyżur w szpitalu gdzie pracuje jako pielęgniarka. W powrotnej drodze, kilka kilometrów przed domem poczułem, że do kogoś przyszła śmierć, że ktoś umiera, a była to godzina około ósmej. Odczucie było tak silne i bolesne (ból duszy), że musiałem zatrzymać samochód zjeżdżając na pobocze. Płakałem i modliłem się, choć nie wiedziałem za kogo. Żona nie wiedząc co się dzieje spytała co ja wyprawiam, żebym się uspokoił, ja zaś starałem się skończyć modlitwę, a było to bardzo trudne – modliłem się jeszcze w domu. Gdy żona zapytała co mi się dzieje odrzekłem, że właśnie ktoś umiera. W domu spytała mnie z lekką ironią, czy ja wiem kiedy wszyscy ludzie umierają na świecie. Odpowiedziałem również z ironią – tak, wiem kiedy umiera tyle miliardów ludzi. Na drugi dzień rankiem około godziny ósmej zmarła jej mama, a moja teściowa. Powiedziałem wtedy z żalem i sutkiem – wiesz już o kogo chodziło, czyją śmierć wczoraj widziałem.

Był taki czas gdy z moją teściową byliśmy mocno skłóceni, a trwało to ponad 10 lat. Krótko mówiąc nie byłem odpowiednim kandydatem na męża dla jej córki Ani. To właśnie ona, moja teściowa była głównym powodem dla którego nie mieliśmy ślubu kościelnego, nie dlatego żeby była nie wierząca, bo była do końca swego ziemskiego życia, lecz dlatego, że nie chciała abym to ja się związał przed Bogiem z jej córką. Na ślubie cywilnym jej nie było. Nie pasowałem do tej rodziny, nie byłem ani doktorem, ani bogaczem – wymarzonym zięciem. Z czasem jednak się z tym pogodziła, choć musiało wiele wody w rzece upłynąć, ja zaś wszystko jej wybaczyłem. Długo się za nią modliłem, by miłosierny Bóg jej wszystko wybaczył. Mieliśmy już dobre relacje, szczególnie po tym jak opowiedziałem jej o Panu Jezusie, dużo nam pomogła gdy nie miałem stałej pracy. Widziałem jak się nawraca, widziałem jej pokorę oraz pokutę – wielką pokutę. Była rozwiedziona z moim teściem, lecz żyła w czystości. Moja żona mi często wymawiała, iż zawsze mam trudność gdy mam coś pomóc jej matce, coś naprawić, coś poprawić. Miała rację, nie było to dla mnie łatwe, stawałem się nerwowy, zmęczony, czułem się w tym domu po prostu źle. Czasami byłem tak bardzo męczony tam przez diabła, że nierzadko przez kilka godzin robiąc coś, wykonując jakąś pracę zmawiałem w duchu różaniec. Gdy zmarła teściowa a było to 17 grudnia 2018, nie dane było mi jej zobaczyć, aż do dnia pogrzebu. Żona nie chciała abym gdziekolwiek z nią poszedł. Słyszałem tylko ,,Wysadź mnie tu i jedź do domu”. Czułem się odrzucony, niepotrzebny, lecz starałem się zrozumieć jej traumę, jej cierpienie, to przecież już trzecia najbliższa osoba, którą w tak krótkim czasie musi pochować.

Dzień pogrzebu – przed kościołem zgromadzona była cała rodzina, stojąc przed bramą kościelną czekali na coś, nie wiem na co, wyglądało jakby ciała jeszcze nie było, a przecież było już późno, zaledwie kwadrans do Mszy. Stanąłem i ja, rozważając w duchu czemu jeszcze nie idą. Kątem oka spojrzałem na kaplicę przykościelną gdzie jest wystawiane ciało zmarłej osoby. Była zamknięta, spojrzałem ku górze i ujrzałem światło, jakby w środku. Powiedziałem żonie – idę do kaplicy. Poszedłem, zaś wszyscy zostali przed kościołem. Gdy otwarłem drzwi kaplicy ujrzałem moją teściową leżącą w trumnie. Wszedłem do środka zamykając za sobą drzwi. Byłem z nią sam na sam, a cała rodzina, wszyscy najbliżsi stali przed kościołem, zaledwie dwadzieścia metrów dalej. Tam oddałem jej duszę Bogu, bowiem wiedziałem co mam czynić, a gdy skończyłem wyszedłem i poprosiłem wszystkich do środka. Zmówiliśmy wspólnie Różaniec, ksiądz zaś rozpoczął ceremoniał pogrzebowy.

Wrzesień 2019

Było to rankiem o równej 5-tej godzinie, gdy usłyszałem w głowie głos mojej zmarłej przed niespełna rokiem teściowej. Nie widziałem jej, słyszałem tylko jej głos. Przyszła jakby się pożegnać, a raczej poinformować mnie o odległym miejscu, w które się udaje. Była bez radości i bez smutku, bez żadnych emocji ,w całkowitym spokoju. Zdawało się jakby nie znała miejsca, do którego ma pójść, było to owiane tajemnicą. Powiedziała, że stamtąd nie będzie mogła już nic mówić, miała takie przeświadczenie. Ja od razu się domyśliłem, że idzie do nieba. Zapytałem tylko, czy coś mam przekazać od niej Ance (córce). Powiedziała, że nie. Po chwili jednak wskazała na coś czego powinna poszukać w prawej, z prawej, czy też po prawej stronie. W tym momencie nasza rozmowa się zakończyła, gdyż została wzięta. Przekazałem Ance (mojej żonie) tę informację, powiedziałem również, że będzie wiedziała gdy to znajdzie. Minęło około trzech tygodni, żona zapytała mnie czy chcę wiedzieć o czym mówiła mama. Odpowiedziałem, że chcę. Wyjawiła, że chodziło o spodnie dżinsowe, w których nie chodziła chyba od roku, a konkretnie chodziło o kartkę znajdującą się w prawej kieszeni tych spodni. Była to kartka z wypominkami za dusze zmarłych w jej rodzinie, którą teściowa zapisała niedługo przed swoją śmiercią i przekazała ją córce, by ta dała na wypominki za te dusze. Widać te dusze, potrzebują jeszcze modlitwy. Dowodzi to również tego, jak bardzo są ważne modlitwy za zmarłych.

Bóg przysyłając ją do mnie odpowiedział na moją modlitwę za teściową i na pytanie – Czy ona jest już u Ciebie Panie? Pytałem, gdyż widziałem tę śmierć już miesiąc wcześniej oraz dzień wcześniej, a gdy zmarła, to jej dusze Bogu oddałem w kaplicy, będąc z nią sam na sam, bowiem Bóg zatrzymał wszystkich przez kościołem, przed bramą, abym mógł to uczynić, i nikt nie mógł wejść dopóki nie skończyłem. Było to zwieńczeniem moich modlitw za nią, bowiem o przebaczenie i miłosierdzie dla niej prosiłem. Bogu niech będą dzięki.

Październik 2019

Po około trzech tygodniach od tego zdarzenia moja zmarła teściowa przyśniła się swojej siostrze Joli. Sen ten zrelacjonowała mojej żonie, a ona mnie. Jola widziała siostrę jak już wspomniałem we śnie, sen zaś wydawał się tak realny jak by to było na jawie. Z relacji mojej żony – Jola widząc swoją siostrę (moją teściową) radosną i rozpromienioną zapytała ją ze zdziwieniem ,,Elżunia, przecież ty nie żyjesz ?!” – nie czując przez nią strachu. Siostra jej odrzekła ,,Umarłam, bo leki nie zadziałały”. Powiedziała też, że już musi wracać do swoich, a towarzyszył jej Oskar, mój syn. Był w bieli, w stroju komunijnym, tak jak przystępował do Pierwszej Komunii Świętej. Wyjaśniłem mojej żonie, że mama przyszła powiedzieć o swojej radości, o zbawieniu, że dołączyła już do Oskarka. Był z nią by poświadczyć o tym, był w stroju komunijnym – Komunia to Chrystus, a Chrystus to zbawienie i życie wieczne. Lecz oni chyba tego pojąć nie mogą, nie mogą w to uwierzyć, choć tyle im powiedziałem jeszcze przed śmiercią i po śmierci mamy, oraz wtedy gdy do nieba była wzięta. Przecież to druga dusza, którą sam Bogu oddałem, a pierwszą był mój syn Oskarek, który z nią był. Widziałem jego zbawioną duszę, a z ziemi widzę miejsce w którym mieszka, a miejsce to Trumną Hioba bywało też nazywane.

Druga trumna-po lewicy

Jeszcze się nie wypełniło, kiedyś się wypełni na pewno, bo każdy musi przez to przejść, tak jak Chrystus przeszedł. Mam tylko nadzieję, że nie prędko to nastąpi. To ciotka, osoba bliska sercu mojego syna. Trwam w modlitwie za nią kimkolwiek jest.

Urna

Paweł Adamowicz Prezydent Gdańska – wypełniło się. Nie należy jeszcze do grona zbawionych, jednak jest blisko. Módlmy się za tę duszę. Zmarł by życie swe zachować, by nie pójść na zatracenie, dla dobra swego i ojczyzny naszej. Choć pogrzeb był świętokradztwem, za które przyszły kary, to modlitwy zostały wysłuchane.

Czasami jestem budzony w nocy by się modlić za kogoś co właśnie umiera, czasami się modlę o łaskę życia dla tej osoby, a czasami o łaskę nieba, czasami wiem za kogo się modlę a czasami nie wiem, lecz zawsze się dowiaduję. Nie rozmawiam z duchami zmarłych, bo nie wolno tego czynić. Jeśli zaś rozmawiam to tylko ze świętymi, gdy chodzi o zbawienie duszy, życie i modlitwę. Zawsze odpowiadam modlitwą.

Niech wam Pan Bóg błogosławi, Ojciec, Syn i Duch Święty

4.Dar Życia

Pierwszy stycznia 2019 – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. Był to dzień, w którym ofiarowałem Bogu Chleb Życia i Kielich Zbawienia za biskupie serca, oraz swoje życie za Kościół święty. Od samego rana czułem niepojęty spokój, przepełniał moją duszę tak mocno, że trudno było mi cokolwiek zrobić, siedziałem więc bezczynnie zanurzając się w Bożej miłości. Z każdą nadchodzącą godziną spokój ten przybierał na sile, tak przez cały dzień. Wieczorem, około godziny 17-ej siedziałem w swym pokoju na kanapie, a spokój stał się tak wielki, że trudno było mi się ruszyć. W pewnym momencie ten Boży spokój nie pozwalał mi się ruszyć, stał się zupełnie zniewalający. Wtedy poczułem jak zbliża się do mnie Pan Jezus. Wiedziałem, że umieram, byłem szczęśliwy, postanowiłem jednak wstać, by pożegnać się z moją żoną, która była w kuchni. Serce mi zaczęło wariować, traciłem przytomność, czułem jak moja dusza odchodzi, czułem, że umieram. Podszedłem do mojej żony, powiedziałem – umieram. Powiedziałem, że wszystko jej wybaczam i sam poprosiłem ją o przebaczenie. Wtedy żona mnie objęła, a w tym momencie spokój prysł jak bańka mydlana. Poczułem przerażający strach przed śmiercią i nieopisane pragnienie życia. Chwiałem się na nogach, walczyłem z utratą przytomności. Żona mnie chciała posadzić na krześle, by zadzwonić po karetkę pogotowia ratunkowego. Ja zaś jej odparłem: Nie zdążą, nie puszczaj mnie, bo jeśli mnie puścisz odejdę, nie puszczaj mnie! Ona mnie trzymała, a ja walczyłem z utratą przytomności, walczyłem o swoje życie. Po kilku minutach poprosiłem ją, by wyprowadziła mnie na zewnątrz, bym mógł spojrzeć w niebo. W trudzie wyszliśmy na dwór. Spojrzałem ku niebu zwracając się do Boga w te słowa: Ojcze, pragnę żyć, TAK BARDZO PRAGNĘ ŻYĆ. Proszę cię Ojcze, przez Jezusa Cię proszę Ojcze, pozwól mi żyć. Niech jednak będzie tak jak Ty chcesz Ojcze, nie jak ja. Święta jest Twoja wola. Wedy powiedziałem żonie, że może mnie puścić i wezwać pogotowie ratunkowe. Zadzwoniła, lecz się okazało, że karetka będzie dopiero za jakąś godzinę. Poprosiła więc o pomoc sąsiada i odwołała karetkę. W drodze do szpitala powstał jakiś korek na drodze, jak nigdy w tym miejscu. Ja traciłem przytomność, myślałem że nie dojedziemy. Dotarłem w końcu na szpitalną izbę przyjęć. Wezwano lekarza pełniącego dyżur na szpitalnym oddziele. Gdy przyszedł, spojrzał na mnie i powiedział: „Pijaków i narkomanów nie przyjmuję!”, odwracając się i kierując ku wyjściu. Powiedziałem: Jestem trzeźwy i nie biorę żadnych narkotyków! Wrócił się do mnie, a idąc mówił: „Zbadam pana, żeby mi nie zarzucili, że nie zbadałem „. Gdy podszedł do mnie powiedział: ” Naćpa się taki, a później przychodzi!”. Tego było już za wiele. Wstałem z kozetki resztką sił, by poszukać innego lekarza. W drodze ku wyjściu powiedziałem w zdenerwowaniu, że jak przeżyje, to podam go do sądu. Żona zaprowadziła mnie do sąsiedniego budynku, gdzie znajdowała się świąteczna pomoc medyczna. Było tam mnóstwo ludzi oczekujących na lekarza, który był na wyjeździe i miał wrócić za dwie godziny. Byłem w kropce. Walcząc ze śmiercią błąkałem się przed szpitalem, a żona w tym czasie poszła poprosić na odział tego lekarza by mnie jednak zbadał. Gdy lekarz przyszedł powiedziałem: No cóż, widać jestem na pana zdany, panie doktorze. Pan doktor mnie zbadał, zrobiono mi EKG i potrzebne badania, również na zawartość alkoholu i narkotyków. Rozpoznała mnie również pielęgniarka mówiąc: „Pan już kiedyś u nas był „. Miała rację, byłem, 13-go czerwca, gdy mój syn przebił Matce Bożej Serce.

Podano mi jakąś kroplówkę, leżąc na kozetce czekałem na wyniki badań krwi. Słyszałem w tym czasie głos młodej kobiety, która przyszła na izbę przyjęć, by przepisano jej receptę, chodziło o pigułkę „dzień po”. Tak bardzo chciałem jej powiedzieć, by tego nie robiła, lecz milczałem modląc się za nią. Nie dostała tej recepty, została skierowana do punktu świątecznej opieki medycznej, w której kilka chwil wcześniej szukałem lekarza.

Gdy pojawiły się już moje wyniki badań, lekarz już mnie nie odstępował, zdał sobie zapewne sprawę, że nic nie piłem i nie brałem żadnych narkotyków. Było mi bardzo ciężko z tym oskarżeniem, bo przecież mój syn zginął właśnie przez dopalacze, które były pośrednią przyczyną jego śmierci. Czy gdyby to on trafił na tę izbę przyjęć, to czy nie otrzymałby pomocy?

Po podanej kroplówce z lekiem, mój stan się poprawił. Lekarz stwierdził, że wszystko jest w porządku, wszystkie wyniki są dobre, a to był napad paniki, zalecił lekarstwa i konsultacje psychiatryczną. Oczywiście nie skorzystałem z tych lekarstw jak i ze skierowania – nie były mi potrzebne, choć moja żona twierdzi inaczej, zapewne nie ona jedna – że jestem zwykłym wariatem klepiącym bzdury. Czasami doraźna pomoc medyczna jest niezbędna, by złagodzić skutki diabelskiego napadu. Lekarz, który mnie wtedy przyjmował, to bardzo dobry lekarz, a jego diagnoza z medycznego punktu widzenia była celująca, tak jak zastosowane doraźnie środki uspakajające. On przecież nie wiedział, że to był atak złego ducha.

Nie mam żalu to tego lekarza, choć jego zachowanie było dla mnie szokujące. Rozumie jego frustracje i zdenerwowanie, przecież to był pierwszy dzień roku, zaraz po Sylwestrze, większość jego pacjentów było zapewne po spożyciu, albo alkoholu albo dopalaczy, a on był bardzo przemęczony. Ja byłem nieogolony i przerażony, zapewne wyglądałem jak po alkoholowej libacji albo narkotykach. Jakiś czas po tym zdarzeniu złożyłem wizytę w szpitalu u pana doktora, poszedłem by podziękować za okazaną mi pomoc i by mu pobłogosławić. To była miła rozmowa, a dzięki niej mogłem zrozumieć dlaczego tak się stało. Plany Boże są doskonałe, o jakżeż doskonałe.

Rozważania

Nie mogłem początkowo pojąć, co tak naprawdę się wydarzyło, dlaczego Bóg dopuścił do tego opętania. Czemu Pan Jezus będąc tuż przy mnie nagle odszedł, myślałem, że go zawiodłem broniąc się przed śmiercią, że nie starczyło mi odwagi by oddać swe życie za Kościół święty, który tak umiłowałem. Przecież Pan Jezus chciał bym oddał swe życie za Kościół święty, a ja prosiłem w chwili śmierci o życie wołając ku niebu. Co prawda prosiłem, lecz pozostawiając decyzję Ojcu, jak Pan Jezus w Ogrójcu. Nie mogłem tego zrozumieć, aż do chwili gdy Duch Boży rozjaśnił mój umysł. Nie mogę już oddać mego życia, bowiem raz już je oddałem – za mojego syna, które Bóg przyjął. Moje życie w pełni do Boga należy i tylko Bóg może nim rozporządzać. Pan Jezus mówiąc mi, że mam oddać je za Kościół święty powiedział przez to, że mam żyć dla Kościoła świętego, tak będę żył dla Niego. Oddać życie, to nie to samo co umrzeć. Jeśli zaś wolą Bożą będzie bym umarł dla Kościoła świętego, to tak się stanie, albowiem moje życie do Niego należy i tylko Bóg może nim rozporządzać – nie ja. Zrozumiałem jeszcze jedno, że nie można nie lękać się śmierci i cierpienia, albowiem i Pan Jezus się lękał mówiąc w Ogrójcu: ” «Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!» [Łk 22,42]. Tak uczeń nie może być większy od swojego mistrza. Pragnę żyć i lękam się śmierci tak i cierpienia, choć wiem, że lęk odejdzie gdy nadejdzie śmierć. Pragnę żyć dla Chrystusa, pragnę żyć dla Kościoła świętego, dla moich bliskich, dla tych wszystkich ludzi, których miłosierny Bóg postawił i wciąż stawia na mojej drodze. Zrozumiałem również to, że człowiek nie może poznać w pełni tego, co Bóg dla nas przygotował, bowiem odrzuciłby tym wielki dar jakim jest życie ziemskie. Mnie Bóg objawił zaledwie Jotę, a byłem gotowy bez wahania oddawać swe życie w każdej chwili i niemal za każdego, by być już z Bogiem. Pan Jezus doprowadził mnie do porządku, po to właśnie to wszystko się stało. Bogu niech będą dzięki. Nie martwię się o swoje życie, choć pragnę żyć, nie martwię się o swoje życie, choć lękam się śmierci, nie martwię się, bo nie jest już moją własnością – tak nie mam nic do stracenia. Życie z Bogiem nie zaczyna się dopiero po śmierci ciała, lecz może trwać już na ziemi, albowiem Królestwo Boże jest w nas.

Niech wam pan Bóg błogosławi, Ojciec, Syn i Duch Święty

7.Sakramenty Święte

Janowi ścięto głowę, bowiem wypominał Herodowi: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. Dziś już głów nie ścinają za napomnienia, a przynajmniej w Polsce, a bynajmniej tak mi się wydaje. Można co najwyżej stracić rodzinę, bliskich, przyjaciół, znajomych. Jak łatwo dzisiaj przytacza się słowa Pana Jezusa skierowane do ludu odnoszące się do kobiety cudzołożnej: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem”. Jednak nikt już się nie odważy zacytować słów tego samego Jezusa do tej cudzołożnicy: ,, Idź, a od tej chwili już nie grzesz!” [J8,1-11]

Tylko w Duchu Prawdy można pojąć prawdziwą wartość sakramentów świętych. Tylko w Duchu Prawdy można pojąć, jak wielkie to dary dla Kościoła świętego, dary pozwalające człowiekowi trwać przy Bogu, czy też powracać do Boga. Jest ich siedem, a każdy z nich ma swoją wagę. Chrzest i sakrament pokuty to sakramenty łagodzące grzech, przyjmowane w celu uzyskania łaski uświęcającej. Natomiast sakramenty: bierzmowanie, Eucharystia, namaszczenie chorych, kapłaństwo, małżeństwo – można przyjąć tylko w stanie łaski. Niestety, wszystkie te dary są notorycznie profanowane, bezczeszczone, i to nie tylko przez wiernych ale i przez wielu kapłanów. Skuteczna stała się strategia szatańska, by umniejszyć ich wartość, podważać je, by od nich odchodzić, by stały się czymś zbytecznym. Droga jest prosta, umniejszmy wartość sakramentu, a wkrótce stanie się on zbędny, niepotrzebny a może nawet śmieszny. Pierwszy sakrament jaki człowiek przyjmuje to Chrzest Święty. Jest to bardzo ważny sakrament, może nawet najważniejszy, choć nie najświętszy. Dlaczego? Bo jest to pierwsze spotkanie człowieka z Panem Bogiem, spotkanie które otwiera duszę na zbawienie, jest bramą do pozostałych sakramentów. Jest to spotkanie, zostawiające trwały ślad – dotyk Boga, który zmywa grzech pierworodny.

Świadkowie kim są świadkowie na chrzcie świętym, kim są świadkowie przy udzielaniu sakramentów świętych, przed kim oni wszyscy świadczą, przed sądem cywilnym czy przed Bogiem. Bo jeśli przed Bogiem, to Boże przykazania winni przestrzegać i Bożą nauką żyć. Jeśli przed Bogiem, to w łasce uświęcającej winni stać, bowiem przed Chrystusem stają i świadczą. Świadczą nie tylko swoją wiarą, ale i swoim życiem, by przykładem być dla innych, przykładem winni być dla dziecka, które do chrztu podają. To przecież na nich spocznie odpowiedzialność gdyby rodzice zawiedli, lub na złą drogę ten człowiek zejdzie i w grzechu się pogrąży. To oni napominać winni, by z drogi grzechu zszedł. Jak więc mogą to czynić, napomnieć tego co bez ślubu ze swą wybranką żyje, gdy to oni przykładem dla niego byli. Jak stojąc przed Bogiem zaświadczą, że wyrzekają grzechu i szatana, który prowadzi do grzechu, będąc samymi w grzechu ciężkim, z pełną tego świadomością. To nie tylko obłuda i brak pokory przed Bogiem, ale również profanacja i bezczeszczenie tego sakramentu. Spytają niektórzy, gdzie szukać takich chrzestnych, gdzie znaleźć takich świadków, jak dziś większość w ciężkim grzechu żyje? To prawda, nie jest to łatwe, lecz nie byłoby tak, gdyby sakramenty święte były szanowane. Szukajcie! A znajdziecie! Napominajcie tych, co byście prosić chcieli – może ich sumienia kiedyś się przebudzą?

Wina – wina jest na wszystkich podzielona, na rodziców, na chrzestnych, na świadków, na kapłana oraz wszystkich tych, którzy w takiej profanacji uczestniczą. Największą jednak winę ponoszą rodzice dziecka i kapłan dokonujący tegoż obrzędu. Rodzice prosząc na świadków tych, których nie powinni byli prosić wiedząc doskonale, że mają ku temu przeszkody, choć mogą być bliskimi, wspaniałymi i pobożnymi ludźmi. Stawiają ich wydawałoby się w dość trudnej sytuacji, bo przecież jak można odmówić dziecku chrztu. Nic bardziej mylnego, bo to przecież nie dziecko o to prosi, lecz jego rodzice, rodzice którzy winni być świadomi swojego postępowania. Osoba proszona jeśli ma w sobie choć odrobinę pokory i rozwagi nie będzie miała z tym żadnego problemu, nawet jeśli będzie chodzić o kogoś bardzo bliskiego jej sercu. Wystarczy powiedzieć: Z radością, lecz nie jestem godzien lub godna tego zaszczytu, bowiem żyję w grzechu. Ile jednak potrzeba odwagi by móc przyznać się do własnego grzechu, chyba że się go nie widzi lub się o nim zapomniało. Łatwiej jest przecież znaleźć kapłana, który to wszystko pobłogosławi. Taki kapłan powie, że nie ma w tym nic złego, nic sprzecznego z sumieniem, bo ten człowiek, który ma podawać dziecko do chrztu to dobry człowiek, a to że ślub nie jest mu do niczego potrzebny to przecież nic wielkiego, bo chrzestnymi bywają również bandyci mając wszystkie potrzebne papiery. To prawda, nierzadko osoba z różnymi zawiłościami życiowymi byłaby po stokroć lepszym ojcem chrzestnym czy matką chrzestną dla dziecka. Nie wiemy również czy ci co są dzisiaj pobożni jutro nie będą bandytami, z daleka od Boga. Idąc jednak w te ślady, tym tokiem rozumowania, można by równie dobrze każdemu udzielić Eucharystii, jak to już czynią niektórzy kapłani. Tak się znieważa Sakramenty Święte, tak się znieważa Boga. Tak wszyscy biorą w tym udział. To wszystko najtrudniej powiedzieć jest tym, których się prawdziwie kocha. Jest wiele dróg, aby wyjść z pewnych sytuacji, dróg prawych, zgodnych z Prawem Bożym, zgodnych ze swoim sumieniem, zgodnych z nauką Kościoła, Kościoła w którym jest Chrystus. Lecz ludzie ich nie szukają, wolą iść na skróty pogrążając się wzajemnie. Was bracia, jeśli kto poprosi o udział w ceremonii udzielania Sakramentów Świętych, czy to chrzest, czy to ślub, czy też bierzmowanie, spytajcie wpierw proszących czy wszystkie warunki zostały spełnione, czy żyją w związku sakramentalnym, a jeśli nie, to dlatego że nie chcą czy dlatego że nie mogą, bo to jest wielka różnica. Skoro dla kogoś nie ma znaczenia jeden sakrament, cóż będzie znaczył inny? W przypadku chrztu nie dotyczy to sytuacji nagłych, niespodziewanych, zagrażających życiu dziecka, gdzie obrządku z wody może dokonać każdy ochrzczony w Świętym Duchu Bożym, zaś chrzestnymi mogą być przypadkowi ludzie, także ochrzczeni. Jeśli zagrożenie minie należy zwrócić się do kapłana o dopełnienie sakramentu. Jeśli dziecko zmarło sakrament z wody jest ważny. Każdy chrzest jest ważny, jeśli obrządku tego dokona osoba ochrzczona, tak jak i każdy inny sakrament jeśli nie doszło do złamania prawa, jakiegoś oszustwa czy zatajenia, bez względu na moralność rodziców, chrzestnych, świadków oraz księdza. Chrztu dziecku nie powinien odmówić żaden kapłan jeśli to nie godzi w sam sakrament – nie powinien godzić się na bezczeszczenie i umniejszanie sakramentów świętych. Najczęściej jest jednak tak, że jak jakiś kapłan odmówi podając konkretną i uzasadniona przyczynę, wskazując istniejące poważne przeciwwskazania (przeszkody), wtedy się oburzamy i szukamy mniej restrykcyjnego księdza. Lecz musimy zadać sobie pytanie, a właściwie swojemu sumieniu kogo chcemy oszukać, bo przecież Boga nie oszukamy. Tak więc gdy nas zapraszają, to nie bójmy pytać, a nawet napomnieć, bo to przecież obowiązek każdego katolika. Ja sam dawno temu dwukrotnie zbezcześciłem sakrament chrztu świętego chrzcząc własne dzieci. Dlaczego je chrzciłem skoro sakrament małżeństwa nie miał dla mnie większego znaczenia, bo przecież żyłem bez ślubu aż 17-cie lat, bo myślałem że tak trzeba, bo nie można inaczej, bo wszyscy przecież chrzczą swoje dzieci. Pewnie wtedy, gdyby mi ktoś zwrócił uwagę i by mnie napomniał, pewnie wtedy obraził bym się na niego, a i ksiądz byłby zły. Cieszę się, że ochrzciłem swoje dzieci, bardzo się ciesze. Żałuję tylko, że w takich okolicznościach. Byłem ślepcem i głupcem, lecz Pan Jezus otworzył mi oczy i uczynił rozumnym. Chwała Bogu niech będzie na wieki. Na wieki niech będzie błogosławione imię Pańskie. Nie lękajcie się odmawiać udziału w uroczystościach, gdzie jawnie bezcześci się sakramenty święte i miejcie odwagę mówić gdy są umniejszane, gdy są sprawowane niegodnie, gdyż to życiodajne dary od Boga otrzymane. Dary te mogą stać się niczym kamień uwiązany u szyi człowieka, gdy są bezczeszczone. Módlcie się do Ducha Prawdy, o dar rozumu do lepszego zrozumienia ducha tajemnic wiary świętej. Czasem, znajdą się i tacy, próbujący mnie zawstydzić, jakiś grzech mi wymawiając, mówią do mnie w takie słowa: „Jakiś to się zrobił święty….”. Biedacy, to tak jakby zarzucili Pawłowi, że nie jest już Szawłem stając się Pawłem. Lecz mnie zawstydzić nie mogą, bowiem byłem zawstydzony przez samego Boga, i nie ma już większego wstydu. Zaś Bóg odpuścił mi grzechy moje i oddalił je jak wschód od zachodu jest oddalony. Nie wstydzę się więc grzechów moich, choć ich bardzo żałuje, nie wstydzę się ich, bo są ode mnie oddalone. Jestem cały przeźroczysty i nikt z ludzi mnie zawstydzić nie może. Każdy grzech mój mogę wyznać publicznie.

A czy Wy możecie wyznać swoje?!

„34 Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz.35 Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; 36 i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. 37 Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. 38 Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. 39 Kto chce znaleźć swe życie, straci je. a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.” [Mt10,34-39]

,,Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien.” [Mt10,37]

Co oznaczają te słowa Pana Jezusa? Powiem wam, tym co pojąć nie mogą. Wszelka miłość od Boga pochodzi, także wśród pogan. Bez Boga nie jesteśmy w stanie kochać nikogo, ani matki, ani ojca, ani bliźniego swego, nawet własnych dzieci. Bylibyśmy w nienawiści do wszystkich, tak i do siebie – jak szatan, całkowicie pozbawiony miłości. Kochając Boga, wznioślejsza jest miłość do bliźniego.

Pamiętam kobietę będącą wraz ze mną w kościele, bardzo pobożną o wielkim sercu, jakich dzisiaj mało. Lecz przez zawiłości życiowe nie mogła przyjąć Eucharystii. Kiedy przyszedł czas spożycia Tego Chleba uklękła w oddali zwracając swój wzrok na kielich. Tak bardzo łaknęła Tego Chleba, że aż szklące oczy miała, pełne łzami przystrojone. Przez czas cały na kolanach swych w pokorze na ów kielich spoglądała, tak łaknęła, tak pragnęła Chleba Tego. Lecz wiedziała, że nie może. Wielu zaś będących w tej świątyni świętokradztwa dokonało, chociaż z chlubą Chleb Ten spożywali. Jak myślicie drodzy bracia, kto z nich został nakarmiony?

Niech wam Pan Bóg błogosławi, Ojciec, Syn i Duch Święty

8.Tęczowa zaraza (fragmenty}

Kiedy się nawraca grzesznik, wielka jest radość w niebie, a gdy to dotyczy biskupa, jest ogromne wesele.

Bracia i siostry, umiłowani w Chrystusie Jezusie, jakże rozradowało się me serce gdy usłyszałem słowa o tęczowej zarazie wypowiedziane przez abp. Marka Jędraszewskiego. Dobrze się stało, że szatan został nazwany po imieniu, tak został obnażony i już jest przegrany. Stańcie murem w tej sprawie za abp. Markiem Jędraszewskim, gdyż objawił wam prawdę, mówiąc że ideologia LGBT to zaraza przyodziana w barwy tęczy, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą tolerancją. Powiem więcej – jest to terroryzm społeczny zabijający duszę człowieka. Terrorysta, który się wysadza zabijając przy tym ludzi, może zabić ciało człowieka, lecz duszy zabić nie może. Diabelskie ideologie i wszelkiego rodzaju sekty zabijają duszę człowieka, a w konsekwencji również ciało – druga śmierć (śmierć ciała i duszy). Zarazą nie są ludzie, lecz ich światopogląd, ludzie są jedynie nosicielami tej zarazy. To nie ludzie są wyrazem potępienia, lecz grzech jaki niosą, grzech, w który się przyodzieli. Bóg kocha każdego człowieka, lecz brzydzi się grzechem w jaki człowiek popadł, grzechem jaki człowiek czyni. Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz jego nawrócenia. Nawracajcie się zatem, a żyć będziecie.

Abp. Marek Jędraszewski to wielki dar od Boga dla Polski, to wielki dar dla Kościoła świętego, jest tym sercem, którego Bóg wybrał spośród wielu serc, jest tym, choć nie ostatnim, o którego Boga prosiłem przez Matczyne Serce Niepokalane, a 1- go stycznia to się stało. Abp. Marek Jędraszewski jest tym, który Kościół polski prowadzi drogą prawdy, nie bojąc się przeciwności, nie bojąc się odpowiedzialności, bo Duch Boży jest z nim – zaświadczam o nim, że od Boga jest. On wam mówi prawdę, bo Duch Święty jest z nim – zaświadczam. On jest dzieckiem Bożym – zaświadczam. […].

[…] Chciałbym dać dziś wszystkim świadectwo nawrócenia i zmiany preferencji osoby homoseksualnej, dzięki modlitwie i pokucie, przez zawierzenie Matce Bożej i wielkie miłosierdzie Boże, bowiem jest takie świadectwo. Lecz ja nie mogę tego uczynić, bo tylko ta osoba może wydać to świadectwo. Ja zaś, dam wam świadectwo na wielkie miłosierdzie Boże, które za przyczyną Maryi się dopiero stanie. A nadejdzie to wkrótce, tak jak Bóg wyznaczył czas. Świadectwem tym będzie pierwszy homoseksualista w Polsce, który tysiące dusz powiódł na zatracenie, który stanie w prawdzie, i to on będzie świadectwem dla wszystkich, świadectwem Mocy Bożej i Matczynej miłości, i w rozterce będą ci, co na niego będą patrzeć. Stanie się tak, albowiem poprosiłem za niego Maryję, a nie było tego, czego by mi Matka odmówiła, jak i tym, co proszą w Jej Niepokalanym Sercu z serca swojego. Wszyscy będziecie na to patrzeć gdy nadejdzie czas, a bliski jest ten czas. „Jezu, miej miłosierdzie dla Kościoła swego”

13 Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. 14 Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. 15 Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. 16 Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.” [Mt5,13-16] […]

Homofobia

[…] Kampania Przeciw Homofobi – cóż to za dziwaczny twór chcący zabronić lęku przed grzechem? Wolno nam bać się wszystkiego, wirusów, szczurów, jadowitych pająków, możemy lękać się ciasnych pomieszczeń – może powstanie jakaś kampanie przeciw klaustrofobii, a może ktoś mnie poda do sądu bo się lękam pająków? Wolno nam lękać się wszystkiego, tylko nie dewiacji, tylko nie grzechu!!! Jednak czy homofobia faktycznie istnieje, czy może formuła ta służy jedynie do lobbowania dewiacji? Przyznam, że przez całe moje życie nie spotkałem nikogo, kto by się bał homoseksualistów, raczej u większości mężczyzn i kobiet powstaje odruch wymiotny, odruch zwykłego obrzydzenia, biorąc pod uwagę szczególnie współżycie mężczyzn. Nie wykluczone, że wynika to z natury człowieka, oraz większej agresji wśród mężczyzn, co w przypadku kobiet jest raczej znikome. Na własne oczy widziałem, jak i ci, którzy wtedy byli ze mną w aucie, co wyprawiali homoseksualiści na parkingu przy autostradzie w Austrii. Był to pierwszy parking ( około 30 km.) od miejscowości Graz, jadąc w kierunku Słowenii. Nie ma takich słów, by można było opisać ich wypaczoną wyobraźnię przełożoną na realne działania. Jak się później okazało było to miejsce ich spotkań. Do dziś zbiera mnie na wymioty gdy to sobie przypominam.

Gwałt

Jest taki człowiek, to mój znajomy, który z całą stanowczością mógłby powiedzieć, że boi się homoseksualistów, bo ma ku temu prawdziwe powody. Jego imię niech pozostanie dla Boga, a jego historia świadectwem dla was. Zdarzyło się to około trzydziestu lat temu, miał może nieco ponad dwadzieścia lat. Wracał do domu, nie pamiętam już skąd, był troszkę pod wpływem alkoholu. W drodze poznał dwóch chłopaków, mniej więcej w swoim wieku. Poszli razem na wódkę. I tyle z tego pamiętał, a gdy się przebudził ich już nie było, został sam, gdzieś na trawie, z kacem, luką w pamięci i bolącym tyłkiem. Niech to będzie dla was przestrogą!

Szkolny zboczeniec

Kolejnym przykładem niech będzie Jacek, doskonale znany homoseksualista z mojej okolicy, a może pedofil – nie wiem. Od lat go już nie widziałem, nie wiem nawet czy jeszcze żyje – na pewno żyją wspomnienia o nim w moim miasteczku. Gdy chodziłem do szkoły podstawowej często spotykaliśmy go przed szkołą ze spuszczonymi spodniami, a czasami w innym publicznym miejscu, onanizując się wołał uśmiechnięty: ” pokażcie d.py „. Nie baliśmy się go, był raczej obiektem śmiechu i żartów. Ponoć miał żółte papiery i ówczesna Milicja nie mogła mu nic zrobić. Był raczej niegroźny, a bynajmniej tak nam się wydawało, choć chodziły legendy, że kiedyś kogoś zabił i stąd te żółte papiery – czy to prawda, nie wiem.

Potwierdzam zatem tezę, jaką wygłosił kard. Gerhard Müller, że homofobia nie istnieje, choć moim zdaniem powinna, bowiem należy bać się grzechu i wszystkiego, co do grzechu prowadzi. Potwierdzam również to, że ideologia gender, lgbt, oraz im podobne to ideologie wymyślone przez te środowiska dla powszechnej psychomanipulacji, by rządzić za pomocą wykreowanej przez siebie rzeczywistości. Może właśnie nadszedł czas, by homofobia została autentycznie wprowadzona w życie, dla bezpieczeństwa dzieci i młodzieży, dla bezpieczeństwa rodziny i chrześcijańskich wartości.[…]

Równość i tolerancja

[…] Dziś w mojej ojczyźnie środowiska promujące domniemaną równość i tolerancję domagają się, ażeby grzech był uznany za dobry i powszechnie akceptowany. W imię tejże równości próbują wmawiać społeczeństwu, że związek osób tej samej płci jest równy związkowi kobiety i mężczyzny, że małżeństwa homoseksualne stoją na równi z małżeństwami heteroseksualnymi, powołując się znów na wzór równości i tolerancji, wzór jaki sami stworzyli przywołując przy tym zapisy w Konstytucji o równouprawnieniu, powołując się nawet na Pismo Święte. Szatan często małpuje Boga. Ja wam zaś powiadam: Przenigdy małżeństwo dwóch mężczyzn, czy dwóch kobiet, czy jakiekolwiek inne trudne do określenia, nie będzie równe małżeństwu kobiety i mężczyzny, małżeństwu ustanowionym przez Boga, by mogło wydać potomstwo, bowiem taka jest natura człowieka i taka jest Wola Boża.

Konstytucję i przepisy można zmieniać, wedle potrzeb lub zachcianek, lecz tego co ustanowił Pan Bóg Wszechmogący w Trójcy Jedyny, nikt nie zmieni – nigdy.

Małżeństwo stanowią kobieta i mężczyzna – oto Słowo Boże.

Niech wam Pan Bóg błogosławi, Ojciec, Syn i Duch Święty

9.Polska pod krzyżem (pełny tekst)

Wypełniło się. Było to 13 – go sierpnia 2018r w Częstochowie, chciałem wejść do Kaplicy Cudownego Obrazu, do Matki, lecz Matka mi nie pozwoliła, powiodła mnie wpierw do swego Syna, ze słowami na mych ustach – Oto jestem, poślij mnie. Posłał mnie więc Pan, lecz do swojej Matki Maryi, tam odbyłem pokutę. Następnie Matka posłała mnie do swego Syna, wtedy Bóg okazał swą moc i Majestat. Tego dnia Matka okazała mi swą miłość do kapłanów, a było to w Radomsku, w kościele św. Lamberta – gdybyście wiedzieli jak jesteście kochani! Tego dnia Pan Bóg okazał mi ciężar grzechów Kościoła i powiedział, abym wziął ten ciężar na swoje barki, bym oddał swe życie za Kościół święty, a było to przed Różańcem Fatimskim. Gdy poczułem ten ciężar zapłakałem i zawołałem ku niebu – Jezu, ja tego nie udźwignę! Bóg zaś odpowiedział „Nie będziesz niósł go sam”. Poczułem błogość, spokój, radość, odwagę i przenikające szczęście. Tego dnia wiele mi Bóg objawił. Miesiąc później moja niebiańska Matka Maryja posłała mnie do swego Syna, a Pana mojego i przyjaciela mego Jezusa Chrystusa z krzyżem na mych barkach i słowami na ustach – „Jezu, miej miłosierdzie dla Kościoła swego”. Padłem ze swym krzyżem do stóp Chrystusa mówiąc – Jezu, miej miłosierdzie dla Kościoła swego. Pan zaś posłał mnie Pan do Matki swojej Maryi. Stanąłem więc przed cudownym obliczem Matki ze swym krzyżem na mych barkach, a było to 16-go września 2018r. w zjazd Solidarności na Jasnej Górze. Tam diabeł został pokonany, w kaplicy Cudownego Obrazu, wiedzą ci co wtedy byli w Kaplicy, a było was tysiące, i każdy mógł usłyszeć przerażający ryk diabła, który trzykrotnie zawył na całą Kaplicę – pamiętacie?! Kolejny miesiąc to Różaniec Fatimski i wielka pokuta ze swym krzyżem na barkach i grzechami Kościoła, i wołanie do Boga przez Matczyne Serce – Jezu, miej miłosierdzie dla Kościoła swego. Następnie Matka posłała mnie do Ojców Kościoła, lecz nie posłuchali głosu mego, posłała mnie również do was. Pragnienie Matki naszej przekazałem w Testamencie znajdującym się w mojej pierwszej książce – Świadectwa Boga i diabła.

Dziś krzyż ten jest w moim domu, zawieszony na ścianie, a cały ciężar niesie Chrystus, ja zaś swe modlitwy ślę do Boga, tak jak chce Maryja, przez Jej cierpiące Niepokalane Serce – Jezu, miej miłosierdzie dla Kościoła swego.

To wielka łaska dla mnie, móc choćby przez chwilę dźwigać ten ciężar z Chrystusem, jakże słodkie to jarzmo, jakże słodkie.

Jakżeż byłem szczęśliwy gdy cała Polska stanęła pod Krzyżem, z krzyżami i modlitwą za Kościół, za kapłanów, za Polskę, za swych sąsiadów, za nieprzyjaciół, za każdego ochrzczonego w Świętym Duchu Bożym. Tak wypełniło się Słowo Boże – „Nie będziesz niósł go sam”. Tak ziściło się pragnienie Matki, a Duch Boży napełnił wiele serc. Kościół święty został ocalony, ocalona została Polska, albowiem dostrzegł Bóg naszą pokutę i usłyszał modlitwy nasze. Bogu niech będą dzięki. Ja w tym dniu dziękowałem Bogu i Matce naszej za ten dzień, że mogłem zobaczyć tę chwilę. Modliłem się w swym parafialnym kościele. Po Różańcu Świętym była Msza Święta, a na zakończenie modlitwa Do Najdroższej Krwi Chrystusa Pana, a następnie adoracja Krzyża Świętego przed kościołem. Gdy byłem jeszcze w kościele podeszła do mnie kobieta w średnim wieku, której nie znam, stanęła przede mną i pokazała mi środkowy palec, stojąc w tej pozycji przez chwilę. Pomodliłem się za nią i poszedłem pod Krzyż. Pokazało to dobitnie jak bardzo rozwścieczony jest diabeł. Lecz kiedy on się wścieka, to ja się raduję. Módlcie się za Kościół Święty każdego dnia, za kapłanów, za każdego człowieka ochrzczonego w Świętym Duchu Bożym. Zmawiajcie Różaniec Święty. Módlcie się Do Najdroższej Krwi Chrystusa Pana. Pan Jezus jest już w drodze, wkrótce przyjdzie, bądźcie gotowi.

Jan wam zapowiedział przyjście Pana, tak i ja wam zapowiadam ponowne przyjście Pana, który niebawem nadejdzie. Nadejdzie zanim przeminie to pokolenie. > Jan rzekł, iż nie jest godzien zawiązać rzemyków u sandałów Temu, który ma przyjść. Ja zaś nie jestem godzien zawiązać rzemyków u sandałów Janowi, a cóż dopiero Temu, który ma przyjść. Nawracajcie się, bo zginiecie! Nawracajcie się, a żyć będziecie, albowiem w Tym, który przyjdzie jest pełnia życia.

Jeśli chcecie poznać Boga, i miłosierdzie Jego, i Matkę Jego – módlcie się.

Przybywajcie na Różaniec Fatimski do Iłży, 13-go dnia każdego miesiąca o godzinie 17-tej. W tym dniu oddaję Matce wszystkich, którzy są w świątyni, i nikt nie wyjdzie pusto – wedle Woli Bożej. Lecz mnie nie szukajcie, bo nie musicie mnie znać, szukajcie Chrystusa, szukajcie przez Maryję, a znajdziecie, Matka wskaże wam drogę do swego Syna. Gdy już będziecie, módlcie się wpierw za cały Kościół Święty (za papieża – by strzegł Ewangelii Bożej, za biskupów by nawróciły się ich serca, za kapłanów by godnie Sakramenty Święte sprawowali, za prezbiterów, za braci i siostry zakonne, za wszystkie osoby konsekrowane, za każdego ochrzczonego w Świętym Duchu Bożym, i za tych, których macie w swych sercach – również tych, którzy wam złorzeczą). Ofiarujcie swe cierpienia za Kościół Chrystusowy, ofiarujcie Komunie Świętą. Módlcie się za Kościół Święty, ja zaś będę się modlił za was. Panuj nam Jezu, i króluj nam.

Relikwie

Było to 13-go sierpnia w kościele św.Lamberta w Radomsku, podczas drogi do Częstochowy. Jadąc do mojej Matki Maryi, o trzeciej nad ranem, kilka kilometrów przed Radomskiem zerwał mi się pasek klinowy przy alternatorze. To uniemożliwiło mi dalszą podróż. Rano dotarłem do Radomska, by zakupić pasek w sklepie wskazanym przez człowieka pracującego jako stróż na stacji benzynowej gdzie spędziłem noc, który ze wszystkich sił starał się mi jakoś pomóc. Sklep był jeszcze zamknięty, miałem ponad godzinę. Spostrzegłem duży kościół, postanowiłem wejść by chwilę się pomodlić. Trwała Msza Święta, której przewodniczył abp. senior Stanisław Nowak, to jego słowa otworzyły moje serce i poczułem niepojętą miłość do kapłanów, Bożą miłość oraz pierwszy raz ciężar grzechów Kościoła. Na zakończenie Mszy Świętej, po przyjęciu Eucharystii zostały podane do ucałowania dwie relikwie w małych relikwiarzach, św. Teresy i św. Jana Pawła II. Po ucałowaniu pierwszej z nich tj. relikwii św. Teresy poczułem jakbym popełnił coś strasznego, wielki grzech, jakbym obcemu bogu oddał pokłon. Miałem chęć splunąć, było mi niedobrze. wtedy jeszcze nie wiedziałem czyja to relikwia, dopiero gdy kapłan powiedział by poczekać, że jeszcze relikwia Jana Pawła. Gdy zbliżał się drugi kapłan z relikwią Jana Pawła czułem jakby zbliżał się sam Bóg, czułem niepojęty Majestat i potęgę. Około południa dotarłem do Częstochowy, a tam dopełniła się reszta. Gdy już wyszedłem z Kaplicy Cudownego Obrazu zmierzając ku wyjściu poczułem w głowie jakby wiatr, nie wiedziałem gdzie mam iść, gdzie jest wyjście, jakbym był tu pierwszy raz. Zamiast do wyjścia wszedłem do pomieszczenia, w którym były same puste relikwiarze. Stałem przez długą chwilę i patrzyłem na te puste relikwiarze, nie mogąc się ruszyć z miejsca. Zapytałem wtedy Boga: Co chcesz mi pokazać Panie, przecież tu nic niema, same puste relikwiarze. Wtedy nie rozumiałem, że to właśnie o relikwiarze chodzi, wtedy jeszcze nie rozumiałem, że relikwia św. Teresy, którą całowałem w Radomsku była fałszywa. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ma być to świadectwo dla biskupów od Matki. To co się wydarzyło po powrocie do domu już wam opowiedziałem. Bądźcie ostrożni co całujecie, co by diabłu hołdu nie oddać. Istnieje przekonanie, że nawet fałszywa relikwia będąc omodlona nikomu nie zaszkodzi, a wiara czyni cuda. Być może nie zaszkodzi, a czasem nawet pomoże, pod warunkiem, że szczątki te nie należą do osoby potępionej lub jakiegoś zwierzęcia. Bądźcie czujni, szczególnie jeśli chodzi o relikwie z czasów średniowiecza i starsze, trudne do zweryfikowania ich autentyczności. Bądźcie czujni, bo nadeszła jakaś moda na handel i kolekcjonerstwo. Gdy macie do czynienia z autentyczną relikwią osoby świętej, takiej jak Jan Paweł II, którego świętość potwierdzam i zaręczam o niej, nie lękajcie się, bo są one uświęcone, a działa przez nie sam Bóg.

Niech wam Pan Bóg błogosławi, Ojciec, Syn i Duch Święty

10.Homo sapiens

[…]Wszyscy i wszystko ma dzisiaj jakieś prawa, są nawet tacy co chcą wpisać prawa zwierząt do Konstytucji, a gdzie jest prawo do życia, a gdzie jest Prawo Boże! Ileż jest dziś takich co krzyczą aborcja, aborcja! Niech spytają oni wpierw swe matki, co w zamyśle ich serc było, gdy oni jeszcze w ich łonie byli. Zaprawdę, połowę z nich by dziś na świecie nie było. Zastanówcie się wy, co dziecię swe zabić chcecie, zastanówcie się co by z wami dziś było, gdyby prawo do aborcji się wypełniło. Zastanówcie się również wy, ci co to sobie bożków tworzycie, zastanówcie się wpierw w jakiej postaci przyszło Zbawienie, w czyjej postaci przyszedł Bóg, w postaci ryby, krowy czy człowieka?! Za kogo Pan Jezus oddał swe życie, za krowę, rybę, czy za człowieka?! Nic, co jest poddane człowiekowi, nie może być wywyższone ponad człowieka, tak i boskości człowiek w sobie nie może szukać. Gdy Pan Jezus przybył do Jerozolimy na osiołku, okazał tym w pełni, rolę człowieka i osiołka, bowiem tak Pan Bóg postanowił.

Miłość i uwielbienie – kochacie zwierzęta i uwielbiacie je? Bo jeśli tak to wielkie nadużycie czynicie, by nie nazwać tego grzechem. Miłość i uwielbienie należy się tylko Bogu, miłość zaś człowiekowi. Zwierzęta należy szanować, bo to dzieło Boże, można je lubić, nawet bardzo lubić, przywiązać się do nich, radować się nimi lub jako pokarm mogą służyć. Lecz nigdy kochać, albowiem miłość dla Boga i człowieka jest zarezerwowana, dla Boga i człowieka jest przeznaczona. Kochacie swe dzieci, swe żony, swych mężów, rodziców, rodzeństwo? Zapewne, bo jakżeż cierpicie gdy kogoś z nich stracicie?! Czyż niema ich w sercach waszych choć lata mijają, czyż niema tęsknoty i bólu? To właśnie jest miłość. A gdy zdechnie wam piesek, bo pies nie umiera (tak jak krowa nie rodzi), lub inne zwierzątko – smucicie się, być może płaczecie, lecz wszystko przemija. I znów macie zwierzątko – i znowu przemija. Przyroda jest piękna, jej łono cudowne, bowiem to dzieło przez Boga stworzone, budzi zatem zachwyt, lecz zachwyt to nie miłość.

Opamiętajcie się, opamiętajcie, albowiem nie macie wiele czasu. Pan Jezus wkrótce przyjdzie i prawda zatriumfuję, znakiem zaś poprzedzającym nadejście Pana będzie PIELGRZYM.[…]

11.Jedenasty Rozdział – objawienia oławskie

Jedenasty Rozdział – pisząc tę książkę rozdział ten był pusty, pozostawiony, gdyż nie mogłem się zdecydować, które ze świadectw mam w nim przedstawić. Modliłem się więc na Różańcu Świętym, bym przedstawił właściwe. Rozterki miałem wielkie, bo wszystkie zdawały się ważne, lecz wybrać musiałem. I gdy tak się modliłem myśl taka mnie nawiedziła, przypomniałem sobie bowiem, co mi moja mama mówiła. Prosiła mnie kiedyś, a to było przed rokiem, że gdybym książkę chciał pisać to ma dla mnie świadectwo. To świadectwo grzesznika co przed obliczem śmierci stanął. Widziałem to świadectwo w mym domu gdy jeszcze nastolatkiem byłem, jak jeszcze do szkoły chodziłem, na maszynie było pisane, nie pamiętam czy ja je czytałem, na pewno je w swych rękach miałem. Nie znam tego, co je napisał i nie wiem też skąd się w naszym domu wzięło. Wiem tylko, że ktoś pisał by wszyscy czytać mogli, by się nawracali. Poprosiłem więc o nie, bym zapoznać się mógł, jaką treść zawiera. I otworzyłem „puszkę pandory”. Wszystko co ten człowiek pisał o śmierci grzesznika to prawda, potwierdzam, bo przecież w mojej pierwszej książce też o czymś takim wspomniałem. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie pewien szczegół, który nie umknął mojej uwadze i sprawdzić to musiałem – tak otworzyła się puszka.

Świadectwo pana Władysława Piska (lub podobnie) zamieszkałego w Pyszycach (oryginał),lub w Pyrzycach (jest możliwość pomyłki podczas powielanie tekstu, w celu jego rozpowszechniania) – co jest bardziej prawdopodobne, gdyż ze świadectwa można wnioskować przynależność do Pomorza.

Śmierć grzesznika

(Tekst oryginalny)

Matka Boża przyszła do mnie i pokazała mi śmierć grzesznika.

Było To 22-go kwietnia 1984r. W dniu Zmartwychwstania Pańskiego ok.godz. 19-tej w laboratorium pogotowia ratunkowego w Pyszycach, po dostaniu zastrzyku penicyliny – ósmego z kolei, nagle zrobiło mi się słabo i doprowadzono mnie do leżanki i położono. Natychmiast straciłem wzrok, zaczęło mi w głowie chrobotać i robiło mi wrażenie, że umieram – Matko Najświętsza umieram już umieram Matko Najświętsza z tą świadomością, że żona będzie bardzo rozpaczać i syn który czaka na mnie samochodem na ulicy, że ja tak nagle umarłem. W tej chwili zobaczyłem Matkę Bożą z odległości 4-ech metrów i mówię do matki Bożej – widzę Cię Matko Boża widzę Cię Matko Boża. Ona się zbliża do mnie, a ja mówiłem zabierz mnie Matko Najświętsza. Robiło to wrażenie śmierci na mnie, że idzie po mnie na odległość może jednego metra, nic nie mówiła, była w białych szatach, wyglądała jak z Lourdes albo z Fatimy. Nagle Matka Boża zaczęła się oddalać ode mnie ku memu przerażeniu. Zacząłem wołać: Matko, Matko Boża, z żalem że mnie zostawia. Wokół mnie zalegają ciemności, pokazały się potwory, napawało mnie to przerażeniem, z prawej strony Matki Bożej pokazała mi się głowa potwora obrośnięta rudą sierścią, wszystko było zwrócone w moim kierunku, miałem wrażenie szatanów idących po mnie. Matka Najświętsza oddaliła się na odległość 4-ech metrów i znikła jak w ekranie, zaczął się wtedy atak szatanów na mnie. Było to tak straszne, że nie umie tego opisać, miałem wrażenie potępienia, krzyczałem, że się wyrzekam złego ducha, usłyszałem słowa „bierzmy go”, w tym momencie zdawało mi się, że jestem potępiony i jakbym miał powiedzieć : to bierzcie, czułem ucisk i szarpanie. W tym momencie przyszła mi myśl, że trzeba się bronić przed szatanami. Lekarzy i służby zdrowia koło siebie nie widziałem, tylko wydawało mi się, że szatani są koło mnie i chcą mnie porwać do piekła. W tym momencie zacząłem wołać księdza, usłyszałem wyraźnie, że się otwierają drzwi i głos dzwonka -din – din – i słowa powiedziane : „Domino Pater”. Natychmiast odczułem obecność kapłana z panem Jezusem i że się modli z ludźmi nad mną, to mi zrobiło ulgę, zacząłem wołać : mówcie Różaniec, mówcie Różaniec – usłyszałem głos: będziemy mówić. Wołałem: wierzcie w Oławę, wierzcie w Oławę – ktoś zapytał w: co ja powiedziałem – w Oławę – w tym momencie zrobiła się jasność niewysłowiona (tekst nie czytelny) – Najświętsza ………………….,nie da się opisać gdy się do mnie zbliżała to tak mnie promienie przenikały, że nie mogę tego wytłumaczyć i tego szczęścia i piękności. Oto moje słowa do Matki Bożej: Matko Boża, jakaś Ty piękna, Matko Boża jakaś Ty piękna. Poza jasnością i pięknością Matki Bożej nie widziałem nikogo, a służby zdrowia było sporo koło mnie co mnie ratowali. Powiedziałem w obecności Matki Bożej, że postanawiam nie pić alkoholu do śmierci, odbyć pielgrzymkę do Oławy i do Lichenia oraz czcić więcej Najświętszy Sakrament, bo go nie czciłem jak się należy – Jezusowi. Nieraz miałem możność Go godnie czcić ale nie czciłem. Matka Boża była około metra ode mnie i tak wyglądała: była w białej sukni, przepasana szerokim pasem ze srebra, płaszcz miała jakoby na głowie założony, sięgający do ziemi, coś w rodzaju podobieństwa z Lourdes albo Fatimy, płaszcz był biały, na skraju miał srebro – paski, podobne na skraju rękawów, też srebrne paski. Z woli Matki Bożej dano mi mówić inne sprawy, ale tu nie wymieniam, to mówiłem spowiednikowi na spowiedzi, w trakcie tej mowy Matka Boża mi znikła i jakoby się znów pokazała jak odchodziła, to mi robiło wrażenie, że robi płaszczem mapę Polski, na dole płaszcza był biały kożuszek, wyglądało jakoby Matka Boża opierała o północny zachód, jakby dalej się nie posuwało, to na mnie zrobiło takie wrażenie i znikła gdy przyszedłem do siebie, zobaczyłem wkoło służbę zdrowia co mi udzielała pomocy, miałem wrażenie jakbym przyszedł z tamtego świata, a Matka Boża i cała wizja stała mi przed oczyma, czas wizji i ratowania mnie trwał około pół godziny. Według wypowiedzi ludzi co przy mnie byli, słyszeli i widzieli moje moje zachowanie się i słowa co mówiłem. Gdy zawołano syna co na mnie czekał to był przerażony, że ja się tak zmieniłem w ciągu pół godziny, syn zabrał moje ubrania a mnie zabrano do szpitala i zaraz zostałem otoczony serdeczną opieką. Parę dni później, podczas wizyty lekarskiej, pani doktor i siostra oddziałowa powiedziały, że były przy mnie podczas mojej tragedii. Ja spytałem czy ja księdza wołałem. Siostra po wizycie powiedziała mi: proszę pana, na księdza nie było czasu bo z panem nie było dobrze. A ja miałem wrażenie podczas wizji, że ksiądz był, jak to opisuję. Uważam, że ta wizja moja była z woli Matki Bożej. A to, że zostałem na chwilę zostawiony pod władzą szatanów to jest ostrzeżenie dla mnie a drugie dla tych co ja im mówię i co będą czytać. Oświadczam, że wystarczyłoby jedną minutę grzesznikowi widzieć to co ja widziałem, to przerażenie odczuć i być zostawionym bez Matki Bożej, jak było ze mną. Ostrzegam, że straszna jest śmierć grzesznika i jak potrzebna jest łaska Boża grzesznikowi w chwili śmierci, to jest potrzebny kapłan z Panem Jezusem – Bogiem, spowiedź św. Komunia św. Sakrament Namaszczenia Ostatniego. A przede wszystkim grzesznik musi mieć serdeczny żal za grzechy. Matka Boża dała mi [..]

[..] o Miłosierdziu Bożym i siostrze Faustynie – to mi sprawiło wielką radość, ponieważ się dużo nauczyłem od siostry Faustyny czytając Jej dzienniczki, wierzę że Pan Bóg ją wystawi na ołtarze. Po wyjściu ze szpitala 17-go maja1984r. wróciłem do domu, po tygodniu w nocy gdy się przebudziłem – zobaczyłem jakby czyścic, widziałem dusze jak wyciągają ręce do góry z płomieni a nad nimi Matka Boża się unosiła w bieli, [..]

Cud czy mistyfikacja diabła?

„Wierzcie w Oławę, wierzcie w Oławę” – te słowa wzbudziły moje szczególne zainteresowanie. O co chodzi z tą Oławą? Postanowiłem to sprawdzić i wszystko się zaczęło. Nieuznane przez Kościół objawienia oławskie i już śp. pan Kazimierz Domański. Co się stało w Oławie, czy to były prawdziwe objawienia Matki Bożej i Pana Jezusa, czy też perfidna mistyfikacja diabła, a może zwykłe oszustwo? Nad tym tematem chcę się dziś pochylić i rozważyć tę kwestie, gdyż nie jestem uprawniony do jakiegokolwiek wyrokowania w tej sprawie. Może właśnie dziś niebo dopomina się o pana Kazimierza Domańskiego i o Oławę?

[…] Rozważania

Jakie zarzuty postawiono panu Domańskiemu? Przewracając strony Internetu udało mi się kilaka odnaleźć, są to zarzuty płynące głównie ze strony Kościoła wyartykułowane przez niektórych duchownych.

1.Błogosławienie ludzi

2.Przyjmowanie Komunii Świętej na kolanach

3.Brak teologii i błędy doktrynalne – parodia objawień.

4.Liczba objawień

5.Profanacja Najświętszego Sakramentu przez ministranta

6.Kupowanie alkoholu z Peweksu przez osobę z bliskiego otoczenia pana Domańskiego

7.Pokonanie szatana w Polsce

8.Stowarzyszenie Ducha Świętego – uznane za sektę

9.Kontakty z Małym Kamykiem – fałszywym prorokiem skazanym za pedofilie

Zarzuty wydawałoby się bardzo poważne – lecz czy są prawdziwe? Nie wiem, to zależy od szczegółowego rozeznania sprawy.

[…] Nawrócenie Szawła

„9 17 Wtedy Ananiasz poszedł. Wszedł do domu, położył na nim ręce i powiedział: Szawle, bracie, Pan Jezus, który ukazał ci się na drodze, którą szedłeś, przysłał mnie, abyś przejrzał i został napełniony Duchem Świętym. 18 Natychmiast jakby łuski spadły z jego oczu i odzyskał wzrok, i został ochrzczony. 19 A gdy go nakarmiono, odzyskał siły. ” [Dz 9,17-19]

[..] Kiedyś powiedziałem mojemu proboszczowi, że zaniedbane zostało błogosławieństwo przez nakładanie rąk na głowę, które jest wielkim darem od Boga, powiedziałem by błogosławili ludzi przez nakładanie rąk na głowę. Zapytał wówczas – czy wszyscy mają błogosławić, i świecy też? Odpowiedziałem – wy kapłani macie błogosławić, ci co święcenia mają. W waszych rękach i waszych sercach jest miłosierdzie Boże. Wyraziłem się również w tej sprawie w liście do Kościoła świętego zamieszczonego w mojej pierwszej książce.

Dlaczego więc ja błogosławię? Bo wy kapłani tego nie czynicie! Chociaż rzadkie to zdarzenia cobym ręce swe nakładał, dla wybranych przez Boga należą, dla tych, co to do was przyjść nie mogą, lub co wyście odrzucili, albo serca poranili. Każde owoc swój wydało. Innych, do was już wysyłam, by to was prosili o to, a kiedy przychodzą, to wielu z was nie wie co ma czynić z nimi, sam jestem tego przykładem, bo gdy raz swą głowę przed kapłanem pochyliłem i o błogosławieństwo poprosiłem, to ksiądz ten mnie zapytał ze zdziwieniem wielkim, o co mi w ogóle chodzi, przecież już mnie błogosławił, jak i wszystkich, na Mszy Świętej. Wziąłem jego dłonie w swoje, na mej głowie położyłem i z pokorą poprosiłem, o błogosławieństwo jego. Tak uczynił w imię Ojca, w imię Syna, w imię Ducha, bo już wiedział co ma mówić, gdyż napełnił go Pan Duchem. Podziękowałem i zapytałem – czemu tego nie czynicie? Odpowiedział mi z rozterką, że on nie wie, to biskupi muszą dać im taki przykład. Ja odrzekłem – Wy biskupom dajcie przykład. U biskupa również byłem w owej sprawie i prosiłem – błogosławcie.

Czym zatem jest błogosławieństwo z nałożeniem rąk na głowę? Błogosławieństwo to, jest wielkim Darem Bożym. Łamie ono pieczęcie diabelskie, otwierając człowieka na działanie Ducha Świętego, pod warunkiem, że dokonuje się w Duchu Świętym – w przeciwnym wypadku może być pieczęcią diabelską. Gdy nakładam swe ręce na głowę człowieka wskazanego przez Boga, wypowiadając słowa: Błogosławię Cię, w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, czyniąc to w Duchu Świętym i przez Ducha Świętego, to tak jakbym powiedział: Trójco Przenajświętsza, Jedyny Boże – Twemu miłosierdziu oddaję tego człowieka i Twojej Świętej Woli Bożej. Trzeba jednak wiedzieć, by moc Ducha Świętego mogła spłynąć, by Duch Święty mógł być wlany w człowieka, to ten który to czyni musi być z Duchem Świętym i w Duchu Świętym, musi być prawdziwym przyjacielem Jezusa Chrystusa. W przeciwnym wypadku błogosławieństwo przez nałożenie rąk może być wielkim zagrożeniem duchowym dla człowieka, bowiem szatan zawsze wykorzysta taką okazję, by pieczętować przez ręce fałszywego proroka. Wie on też, jak wielką moc ma błogosławieństwo przez nałożenie rąk na głowę. Proście o takie błogosławieństwo, lecz kapłanów Kościoła świętego, bowiem uświęcone są ich ręce i prawdziwie Ducha Świętego otrzymacie, bez względu na ich moralność. Strzeżcie się fałszywych proroków, co byście pieczęci diabelskiej nie otrzymali. Nakładanie rąk jest powszechnie stosowane w wielu fałszywych religiach, sektach, stowarzyszeniach, nawet w tzw. grupach charyzmatycznych – bądźcie czujni i rozważni. Prawdziwe Boże błogosławieństwo to błogosławieństwo w Imię Trójcy Przenajświętszej. Tu nie działa żadna energia, ręce które leczą, ani żadne nadzwyczajne siły, tym bardziej żadna niby moc człowieka. W prawdziwym błogosławieństwie przychodzi sam Bóg ze swoim miłosierdziem, ze swą miłością do człowieka. Człowiek odzyskuje wolną wolę, często zawłaszczoną przez szatana. Człowiekowi otwierają się oczy i uszy na Słowo Boże, otwiera się serce na miłość Chrystusa, na Maryję i na drugiego człowieka. Po tym poznacie prawdziwego proroka, po tym poznacie apostoła. Pamiętajcie bracia, od Boga zawsze można odejść, bo Bóg nigdy nie trzyma nikogo na siłę, lecz od szatana już się samemu nie odejdzie. Pamiętajcie o tym. Kiedy miało miejsce prawdziwe błogosławieństwo Boże, to budzi się ludzkie sumienie – nie koniecznie od razu, czasami potrzeba więcej czasu, wtedy zazwyczaj rozpoczyna się walka duchowa, która może trwać nawet wiele lat, wszystko zależy od zatwardziałości serca człowieka. Uzdrowienie na ciele jest zwykle po to, by dusza mogla doznać oczyszczenia, albowiem sprawa duszy jest najważniejsza, bo najważniejsze jest jej zbawienie, zjednoczenie z Ojcem przez Chrystusa, i w Chrystusie. Zbawienie to dziedzictwo Boże i życie wieczne w miłości Bożej z Chrystusem.

W tym miejscu pragnę już po raz kolejny zwrócić się do wszystkich duchownych Kościoła świętego: Błogosławcie ludzi nakładając im ręce na głowę, błogosławcie całe rodziny, błogosławcie szczególnie dzieci i młodzież, tych wszystkich którzy są ochrzczeni w Świętym Duchu Bożym, tych wszystkich, którzy zechcą przyjąć wasze błogosławieństwo. Błogosławcie kiedy tylko możecie, a przynajmniej po (Sumie) głównej niedzielnej Eucharystii przed Najświętszym Sakramentem – błogosławieństwo indywidualne. Przed Najświętszym Sakramentem zawsze na kolanach, z pochyloną głową – usprawiedliwieni są chorzy i niedołężni. W innych miejscach na stojąco z pochyloną głową lub inaczej, gdy sytuacja tego wymaga. Przykładem niech będzie dla was bracia Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Kałkowie i tamtejsi kapłani. Błogosławienie nieochrzczonych może być stosowane tylko wówczas, gdy jest dopełnieniem łaski Bożej, tak jak to było z Szawłem. Są tacy ludzie, którzy sami nigdy do was nie przyjdą, a to wy pójdziecie do nich, bowiem posłani zostaniecie, jeśli tylko w Duchu Bożym trwać będziecie.

2.Przyjmowanie Komunii świętej – w tej sprawie jednoznacznie się wypowiedziałem w mojej poprzedniej książce. Eucharystia winna być przyjmowana godnie. Na kolana przed Najświętszym Sakramentem! Przykładem niech będzie dla was bracia Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Kałkowie i tamtejsi kapłani. Swoje zdanie wyraził również Ojciec Święty Jan Paweł II w homilii o przyjmowaniu Komunii świętej (Rzym 1 marca 1989 r.). Potwierdzić mogę jedno, przyjmowanie Komunii Świętej w inny sposób jest niegodne, jest znieważeniem Najświętszego Sakramentu. Na kolana przed Chrystusem! Każde kolano! Odstępstwem usprawiedliwionym może być tylko choroba i niedołężność. Ja, tylko jeden, albo aż jeden raz w swoim życiu przyjąłem Komunie Świętą na stojąco, jeszcze na początku mojego spotkania z Panem Jezusem, było to w Warszawie, jak dobrze pamiętam było to w dniu nawiedzenia kopi Cudownego Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, o czym również już pisałem – „Szatan nienawidzi Maryi”. Był wtedy wielki tłok, Komunii udzielił mi Kard. Kazimierz Nycz. Tylko ja wiem, co wówczas czułem. Do końca życia będę pamiętał tamtą chwilę. Nigdy więcej na stojąco! Może właśnie po to tak się wtedy stało, by móc dzisiaj to powiedzieć? Nie wiem, Bóg to wie. Nie mogę pojąć jak to jest, że Pan Jezus oddał za nas swoje życie, a nam jest ciężko nawet zgiąć przed Nim kolano? […]

5.Profanacja Najświętszego Sakramentu – […] Zarzut jest taki, że pan Domański mówił o klękaniu w trakcie przyjmowania Komunii Świętej, a nie wiedział, że świeckim nie wolno dotykać konsekrowanej hostii. Pan Domański mógł tego nie wiedzieć, choć powinien, tak jak każdy jeden katolik. Proponuję zapytać się ludzi wychodzących z kościoła czy mają taką wiedzę – podstawową przecież wiedzę. Zaręczam, na palcach ich można policzyć. Tak też było ze mną – kiedyś tego nie wiedziałem. A co z tymi co przyjmują Komunie Świętą na rękę? Im wolno dotykać konsekrowanej hostii? Jaka jest też pewność, że włożą ją do ust, a nie do kieszeni i zabiorą ze sobą dla celów znanych tylko sobie? Czy to nie jest profanacja Najświętszego Sakramentu? A może raz jest, a raz nie jest, jak komu pasuje. Dziś oglądałem transmisję Mszy Świętej z Bazyliki św.Piotra z udziałem papieża Franciszka w przed dzień Święta Ofiarowania Pana Jezusa. Przyznam, że jestem zdruzgotany tym co zobaczyłem, tylko kilku siostrom zakonnym zgięły się kolana przed Chrystusem, reszta przyjmowała jak chciała, na stojąco, na język, na rękę – całkowita dowolność. Jeden człowiek, mężczyzna wyglądający na przedstawiciela ameryki łacińskiej po wzięciu Komunii Świętej do ręki tak się zagadał z kimś obok siebie, iż niemal całkowicie zapomniał, że trzyma w garści Chrystusa, przypomniał sobie po przebyciu kilku metrów drogi ku wyjściu i podczas tej drogi spożył Ten Chleb. Tak nie wolno, to jest profanacja.

Powiedzą niektórzy – ale przecież Pan Jezus i Matka Boża powinni nad tym czuwać. Czemu Bóg na to pozwolił? Ludzie, którzy stawiają tego typu pytania Bogu: dlaczego tak, a nie inaczej – są zwyczajnie niemądrzy, brak im pokory i ufności Bogu, nie rozumieją także natury Ducha Świętego, natury Bożej. Duch Święty uczy, pozwala zrozumieć, obdarowuje darami i charyzmatami, kształtuje człowieka, jego serce – również poprzez błędy (dopuszczenie błędów). Duch Święty daje natchnienia, mówi na wiele sposobów. Mówi do człowieka i mówi przez człowieka. Należy rozróżnić bycie w Duchu (zjednoczenie się z Duchem), a podążanie za Duchem Świętym. Napełnienie Duchem Świętym i zjednoczenie się w Nim może trwać chwilę – dłużą lub krótszą, może dzień albo dwa, czasem może dłużej, wtedy jest w człowieku cala Pełnia Bóstwa, cala Trójca Święta. Pozostałe chwile to podążanie za Duchem, za głosem Boga. Gdyby człowiek był nieustannie w Duchu Świętym, to nigdy by nie zgrzeszył, bowiem w Duchu Świętym nie ma grzechu, tak jak Jezus Chrystus, w którym jest cała pełnia bóstwa. Bóg jest nierozerwalny, nie może być Syn bez Ojca, tak jak Ojciec bez Syna, jak Duch bez Ojca, a Syn bez Ducha z Ojcem. To Bóg jest władcą czasu, to Bóg decyduje o czasie, czasie w którym ma się wypełnić Jego wola, są bowiem rzeczy, na jakie mamy wpływ przez naszą wolną wolę, ale są i takie na które nie mamy żadnego wpływu. […]

7.Pokonanie szatana– niektórzy duchowni zarzucili Panu Domańskiemu, że diabła nie można pokonać, bo Pan Jezus już pokonał szatana na krzyżu. To prawda, że Pan Jezus pokonał szatana na krzyżu, pokonał także śmierć, która przyszła przez grzech, przez nieposłuszeństwo Bogu. Szatan od początku jest przegrany, od chwili swojego sprzeciwu dla Boga. Czy to znaczy, że już nie ma szatana i nie ma z nim walki? Nie – on jest, a walka z nim trwa! I to wielka walka! Szatan codziennie wygrywa i codziennie przegrywa, a przegrywa tam gdzie jest Chrystus, tam, gdzie jest modlitwa, pokuta i pokora. Zwyciężyć szatana, to nic innego jak przebłagać Boga za grzechy, za nieprawości, przez pokorną modlitwę, post, pokutę, jałmużnę – ofiarowaniu Bogu swoich cierpień i wyrzeczeń, ale i swych radości i słabości. Zwyciężyć szatana to pokonać własny grzech, pokonać pokusy, bowiem szatan przez grzech ma władze nad człowiekiem. Tam, gdzie miłosierny Bóg skieruje Swój wzrok, tam szatan jest bezsilny. Nie ma większej ofiary, jak ofiara którą złożył Jezus Chrystus na krzyżu, ofiary, która ciągle trwa. […]

9.Kontakty z Małym Kamykiem – to jest jeden z najpoważniejszych zarzutów ciążącym na panu Domańskim. Na pewno pan Kazimierz został zwiedziony przez Małego Kamyka – fałszywego proroka, to nie ulega żadnej wątpliwości. Skwituje to tak: Kiedy mój syn sprofanował kościół przebijając Matce Bożej Serce, nie pytałem Boga dlaczego syn to uczynił, nie pytałem dlaczego Bóg mu na to pozwolił, przecież tyle się za niego modliłem, nie tylko ja zresztą. Z pękającym sercem rzekłem jedynie – skoro na to pozwoliłeś Panie, to znaczy, że Masz w tym jakiś cel. Wiem, że Twoje plany są doskonałe, zaś wola Twoja jest święta. Kiedy decyzją biskupa ciało mojego syna nie zostało wpuszczone do kościoła nie protestowałem, przyjąłem to z pokorą, bo słuszna była to decyzja, choć bolesna dla mojego serca i dla serc wielu. Wiedziałem przecież, że nikt nie jest świadomy, co naprawdę się wydarzyło. Dziękuję Jego Ekscelencji, oraz ks. proboszczowi za Mszę Świętą i za księdza Jacka, będącego na cmentarzu. Gdy spotkałem się z biskupem, to nie po to by się żalić, lecz by prosić o powoływanie więcej księży egzorcystów, bo nastaną czasy gdy będą niezbędni, spotkałem się po to, by ratowali dzieci wskazując zagrożenia, prosiłem również o to, by księża błogosławili w kościołach przez nakładanie rąk na głowę. Wtedy sam otrzymałem od ks. biskupa takie błogosławieństwo, za co Jego Ekscelencji ks. bp. Henrykowi Tomasikowi serdecznie dziękuję.

Są tacy co pytają: „Dlaczego niebo nie ostrzegło wcześniej wizjonera oławskiego przed Małym Kamykiem?” Mogą oni równie dobrze zapytać – dlaczego niebo nie ostrzegło Jana Pawła II, przed zamachem na niego.

Kiedy patrzycie na człowieka by osądy wydawać, patrzcie na niego jak patrzycie na starca.

[…] Na zakończenie tego rozdziału chciałbym jeszcze przybliżyć sposób spisywanych przeze mnie moich objawień, a wygląda to następująco: Kiedy Bóg mi coś okaże, czegoś doświadczę i to zrozumie, a muszę to opisać, czynię to własnymi słowami, a gdy cytuję Słowo Boże biorę je w cudzysłów. Kiedy wiec piszę, szukam odpowiednich słów ze skromnego zasobu jakim dysponuję aby to opisać, by oddać jak najlepiej i jak najtrafniej to co widziałem i to co przeżyłem. Są to moje słowa, choć często natchnione, lecz nie nakazujące przez Boga. Te powiedziane przez Boga nie podlegają żadnej korekcie. Te zaś, które ja piszę, koryguję, modląc się rozważając ich poprawność, brzmienie, wciąż pytając Boga, czy już jest dobrze, czy coś dodać, czy coś ująć, i znów się modlę, i znów poprawiam i znów się modlę. Tak dotąd, aż będę czół, że tak ma właśnie być. Mogę popełnić błędy w pisowni, w stylu, lecz najważniejszy jest przekaz, by był jak najtrafniej oddany, zawierał jak najmniej błędów, a najlepiej wcale. Ufam Bogu bezgranicznie i wszystko Jego woli oddaje.

Jeszcze jedna mała refleksja – czy to nie cud, że pomimo tak wielu przeciwności ze wszystkich stron, stanęła w Oławie ta świątynia, która dziś należy do Kościoła? Tak wypełniło się dzieło Boże.

Niech wam Pan Bóg błogosławi, Ojciec, Syn i Duch Święty

13.Trójca Święta

Jest jeden Bóg w Trójcy Przenajświętszy. Jeden jest Bóg w Trzech Osobach Bożych, a każda Osoba Boga jedną ma naturę, choć różnią się od siebie.

Bóg Ojciec– Ojca Przedwiecznego nigdy nie widziałem, lecz słyszałem głos Jego uszami swymi,nie we śnie lecz na jawie, gdy wyjawił mi Bóg, że odpuszczone są moje grzechy: ,,Czemu się jeszcze zadręczasz, twoje grzechy zostały ci odpuszczone! Jesteś jak narodzony na nowo!”. Byłem przestraszony choć nie czułem lęku, głos ten był stanowczy, napełniający respektem, był donośny lecz łagodny, napełniony mocą, majestatem i potęgą. Wiedziałem kto do mnie mówi, wiedziałem od pierwszego słowa. Do kogo można by porównać głos Boga? Do nikogo, był to głos jakby myśli, jakby duszy, który słyszałem uszami. To był jedyny raz gdy Boga uszami słyszałem, choć Majestat Boga jeszcze doświadczać mogłem. Było to w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej w Częstochowie, przed Krzyżem Chrystusowym znajdującym się przy bocznym wyjściu do Bazyliki gdy padłem przed Chrystusem, za Kościół święty prosząc. Gdy patrzyłem na Syna czułem majestat i potęgę Ojca, a było to 13-go sierpnia. Podobnie było w Radomsku, gdy zbliżał się do mnie kapłan z relikwiarzem, w którym znajdowała się relikwia św. Jana Pawła II-go. To była wielka moc Boga, a było to 13-go sierpnia.

Syn Boży, Jezus Chrystus– niepojęta jest miłość Jego. Głosu Pana mojego nigdy na uszy nie słyszałem, bo w głowie mojej do mnie mówił, a gdy mówił dusza moja zatapiała się w miłości Jego, miłości nieogarnionej, miłości niepojętej. Wystarczyło jedno słowo wypowiedziane przez Syna Bożego, by doznać rozkoszy w duszy miłości prawdziwej. Pan Jezus jest jak brat, jak przyjaciel prawdziwy, który nigdy nie zawodzi i zawsze kocha, i zawsze się troszczy. Rozmawiałem z moim Panem i przyjacielem moim codziennie, przez dwa lata prawie. Mówił zwykle krótko, nie więcej niż zdanie, najczęściej zaś pytał ,,Czy Mi ufasz?”, gdy wszelkie wskazówki oraz wyjaśnienia w mej głowie mi dawał. Lecz gdy pytał, topiła się dusza moja w miłości Jego. Kiedyś zapytałem, jeszcze na początku – czy to co mówi jest gdzieś w Ewangelii zapisane? Natychmiast otworzyłem Pismo Święte, na kartę Ewangelii, gdzie całe wyjaśnienie miałem, ja zaś wszystko pojmowałem. Więcej już pytać nie musiałem, więcej nie pytałem, albowiem zawsze już potwierdzenie na kartach Ewangelii dostawałem. Syna Bożego, a Pana i przyjaciela mego kilkakrotnie widziałem, ni to we śnie ni to na jawie, choć głosu Jego na uszy swoje nie słyszałem, a i twarzy Jego nigdy nie widziałem. Był zawsze w bieli, która nad wszelką bielą góruje, był w świetle, które jest światła światłością. Ta światłość z twarzy Jego wypływała, niczym słońce była, które nie oślepia, zaś miłość i zachwyt całą duszę przepełniały. Widać, nie godzien jestem tego, by twarz Boga zobaczyć, lecz wierzę, że kiedyś to nastąpi, że godzien będę daru tego. Istnieje legenda, że chrześcijanie ujrzą twarz Chrystusa wówczas, gdy sprawiedliwe osądy będą wydawać, wtedy Pan swe pełne oblicze okaże. Musimy nauczyć się tego, że gdy osądzamy drugiego człowieka, należy patrzeć na niego jak na starca – niedowidzącego, niedosłyszącego i niedołężnego. Nie częste są to chwile, gdy Pan do mnie przychodzi, lecz prawdziwe i piękne. Żadem obraz nie odda piękna Jego, tej miłości i światłości. Przybliżę go wam jednak bracia, ten obraz, jak potrafię, tak jak zdołam. […]

Pan Jezus

Duch Święty – Duch Boży mnie prowadzi, w nim mam wszelkie rozeznanie i obfite dary, w nim talenty i mądrości, w nim też słowo. On jest moim światłem, On zrozumienie niesie, On serce me rozpala, nadzieje i odwagę daje. Choć Go nigdy nie widziałem ani głosu nie słyszałem, to ujrzałem niegdyś to, co Sercem Jego się nazywa. Tak odsłonił mi Bóg siebie, niepojęte dla człowieka, dla aniołów niepojęte. Wydarzyło się to rankiem gdy poczułem, że Bóg we mnie, a ja w Bogu, pełne zjednoczenie w duchu było, chociaż czułem swą odrębność. Z Bogiem byłem w Jego wnętrzu – albo w moim, w Duchu Jego – albo w moim, wszechmoc w pełni okazała, ponad czasem w majestacie, był początek i był koniec, bez początku i bez końca. Oglądałem to z podziwem i zachwytem rozumując w duchu tyle, ile mogłem pojąć w duchu, albowiem niepojęte to są sprawy dla człowieka i dla ducha, dla aniołów niepojęte. Gdy się z Duchem Bożym rozłączyłem to już nic nie pojmowałem. Nie pytajcie więc mnie bracia cóż widziałem, bo sam tego nie pojmuję. Już na koniec, jakby w ludzkiej perspektywie, obraz liści oglądałem, oraz grabi – zwykłe liści zagrabianie, lecz słyszałem, że to ważne. Powiedziałem to pewnemu księdzu, chociaż w strachu byłem wielkim, myśląc że to jest bluźnierstwo straszne, że to chyba niemożliwe, że to podstęp jest diabelski. Rozważałem w duchu swoim, co widziałem – niepojęte, dziwił mnie też obraz liści oraz grabi, że tak ważne dla człowieka, do momentu: Kilka tygodni po tym zdarzeniu zostałem zaproszony do kina na film o siostrze Faustynie ,,Miłość i miłosierdzie”. Sam bym raczej się nie wybrał, gdyż stroniłem od proroków oraz świętych, a dokładniej od ich proroctw i ich wizji, by mi w głowie nie mąciły, bym sugestią ich nie pałał. Niech weryfikują inni. Ja słyszałem tylko słowa: ,,Niczego nowego nie mówisz, pisało o tym wielu”. Było to dla mnie jak weryfikacja, że wszystko od Boga pochodzi, a nie z podstępu diabła. Gdy już film się rozpoczynał, wtem zwróciłem się do Boga – Co chcesz mi powiedzieć Panie, co chcesz mi powiedzieć Jezu? I stało się – Faustyna w dworze była i liście grabiła. Ujrzałem obraz, który już widziałem, kilka tygodni wcześniej – grabienie liści, z informacją, że to ważne. Łzy pociekły, bowiem przyszło zrozumienie i napełnił mnie Bóg Duchem. Już rozumie i pojmuje, to co pojąć powinienem. Tylko Bóg jest ponad czasem, wszystko inne w czasie jest. Bo bez czasu nic by żyć nie mogło nigdy, czy na ziemi, czy też w niebie, ani w piekle. Czas może płynąć wolniej czy może płynąć szybciej, czy w ogóle czasu odczuwać nie musowo, jak to jest w niebie czy piekle, a czasem na ziemi bywa. Lecz płynąć czas musi, coby móc chwałę Bogu oddać w niebie, czy to w piekle męki swe odczuwać.

Ja o Bogu moim świadczę, Ojcu, Synu oraz Duchu. Zaświadczam o miłosierdziu Jego, gdyż świadectwem Jego miłosierdzia jestem, lecz większym świadectwem ode mnie miłosierdzia tego jest mój syn pierworodny, o czym teraz też zaświadczam.

Zaświadczam o Chrystusie Panu, że żyje i jest życiem, gdyż Chrystusa widziałem i miłość Jego poznałem. Zaświadczam

Zaświadczam, że nie jesteśmy sługami czy niewolnikami, lecz jesteśmy dziedzicami królestwa Bożego, współdziedzicami z Chrystusem. Zaświadczam

Zaświadczam o zbawieniu duszy w Chrystusie, gdyż zbawienie to widziałem. Zaświadczam

Zaświadczam o istnieniu miejsca zwanego piekłem, które czeka, gdyż byłem tam i widziałem i cierpienia doznawałem. Zaświadczam

Zaświadczam o chórach anielskich, gdyż chóry anielskie w duchu swym słyszałem. Zaświadczam

Zaświadczam o świętości świętych, których wypomniałem. Zaświadczam

Zaświadczam o potędze modlitwy za żywych i zmarłych, bowiem o wszystkim sam się przekonałem. Zaświadczam

Zaświadczam o Najświętszej Pannie Maryi, Matce Bożej, pogromczyni szatana, wybawieniu naszym i ratunku naszym. Choć Jej nigdy na jawie oczami nie widziałem i Jej głosu uszami nie słyszałem, a choć tyle z Matką naszą rozmawiałem. Zaświadczam, bowiem nie było niczego, czego by mi Matka odmówiła, bo to zgodne z wolą Boga było, czy to o zbawienie duszy chodziło, czy też sprawą ziemskie życie było. Zaświadczam.

Zaświadczam o ofierze Chrystusa, bowiem niema większej. Zaświadczam.

Nawracajcie się puki czas jeszcze macie, puki jeszcze Duch Boży jest z wami, nawracajcie się a żyć będziecie!

Niech wam Pan Bóg błogosławi, Ojciec, Syn i Duch Święty

Serce Jezusa 28 czerwca 2019

Do Serca Jezusa

Do Serca Boga, ślę dziś moje wołanie. Do Serca Boga, swoje myśli niosę. Do Serca Boga, za kapłanów proszę. Bo w Sercu Boga, pełnia bóstwa przebywa. Bo w Sercu Boga, me serce spoczywa. Bo w Sercu Boga, mój duch wypoczywa. To w Sercu Boga, zanurzyć się pragnę. To w Sercu Boga, nieprawości zostawić. To w Sercu Boga, o przebaczenie prosić. Bo w Sercu Boga, miłości skarbnica. Bo w Sercu Boga, miłosierdzia zdroje. Bo w Sercu Boga, jest serce moje.

,,Jezu, uczyń serca nasze wedle Serca Twego”

Autor – Kamil Stanisław Banasiowski – trzynasty

Przypowieści

1.Przypowieść o jabłoni

W moim sadzie

Miało to miejsce w moim sadzie, niewielkim, dziesięć jabłoni liczącym. Był maj i wszystkie białym kwiatem zakwitły obficie, a wkrótce owoc począł ich wzrastać. Wśród nich w jednej swe upodobanie miałem, ozdobą wszystkich była, w Narodzenie Pańskie jasnym światłem przyozdobiona świeciła. Gdy owoc był jak orzecha wielkość nastała zaraza, wszystkie drzewa w sadzie swą mocą dotknęła – mszyca, tak bowiem się zwała. Wszelkie liście obleczone nią były, w rulon w net się zwiły usychając powoli. Zaczęła się walka, walka o przetrwanie. Tak każda się broniła, każda inaczej tę bitwę prowadziła. Jedna część swych owoców zrzuciła, inna trochę owoców i nieco liści strąciła, jeszcze inne nic nie czyniły, a owoce im gniły. Lecz ta, co to ozdobą była, coś innego poczyniła. Wszystkie chore liście swe zrzuciła, a żadnego owocu nie utraciła. Patrzyłem na nią ze zdumieniem i ze smutkiem zarazem, gdyż wśród wszystkich jedyna bez liści zupełnie, jak choinka bez igieł całkowicie była, a owoc jej obfity we wzroście się zatrzymał, i już nadziei dla niej widać nie było. I oto dnia pewnego, po tygodniach kilku, poszedłem do sadu by skosztować kilku. Jakież to ogromne me zdziwienie było, kiedy ją ujrzałem w promiennej zieleni, owoc jej obfity, jakże okazały, bez najmniejszej skazy, soczysty, dojrzały. Wnet go skosztowałem, zachwycając się przy tym, że martwą się zdawała, a pełnią życia się stała.

Jak ta jabłoń bądźcie, chore liście zrzućcie, zarazę pokonacie, obfity i czysty owoc swój wydacie.

Autor-Kamil Stanisław Banasiowski – trzynasty

2.Przypowieść o czterech braciach

Żal doskonały

Oto ojciec czterech synów miał. Trzech z nich sprzeniewierzyło się ojcu swemu, przeciw niemu wystąpili, bardzo ojca obrazili. Rozgniewał się ojciec na synów swych, a gniew jego dotarł do nich.

Pierwszy syn, najmłodszy z czterech, nie przejmował się tym zbytnio. Rzekł – nie pójdę do ojca mego, nie przeproszę go, niech się gniewa, nie obchodzi mnie nic to. I nie poszedł, nie przeprosił.

Drugi syn, nieco starszy od pierwszego, myślał sobie w duchu tak – rozgniewałem ojca swego,pójdą i przeproszę go, coby kary mi nie zadał, a przynajmniej mniejszą dał. Poszedł więc i przeprosił ojca swego, by od kary się uchronić.

Trzeci syn, nieco starszy od drugiego, myślał sobie w pierś się bijąc – cóż ja głupiec uczyniłem ojcu memu?! Pójdę, błagał będę ojca mego i o litość prosił będę, by zlitował się nade mną i wybaczył mi niewdzięczność, żeby kary zadał mi. Poszedł więc do ojca swego ze skruszonym sercem swym, prosząc go o przebaczenie, by wymierzył kare mu.

Czwarty syn, ten pierworodny, który wierny ojcu był, tak powiedział w duchu swym – cóż uczynił ten mój brat umiłowany, najmłodszego w sercu miał. Poszedł więc do ojca swego, prosząc ojca w słowa te – ojcze, brat ten mój najmłodszy z braci sprzeniewierzył tobie się. Proszę ciebie ojcze mój, wybacz wszystko bratu memu, przebacz proszę jemu, bowiem on dziś jeszcze nie wie, nie pojmuje co uczynił. Proszę ciebie ojcze mój, ukarz mnie za mego brata, ukarz mnie za niego i wychłostaj mnie, uczyń ze mną tak jak zechcesz, ale przebacz memu bratu, proszę ciebie ojcze nasz.

Który z synów podobał się ojcu?

Któremu synowi zostało darowane?

Który syn wyznał żal doskonały, a którego ofiara była doskonała?

Czy jeśli do was przyjdzie dziecko wasze za swojego brata czy też siostrę prosić, czyż nie wzruszy się serce wasze, choć niedoskonała jest miłość wasza? To cóż dopiero Ojciec nasz, który jest w niebie, który jest miłością doskonałą.

Auto r- Kamil Stanisław Banasiowski – trzynasty

Widzenie

Mgła

Widzenie senne z 9 kwietnia 2019 r. – Widziałem ziemię spowitą mgłą, jakby kłębiące się chmury jej dotknęły. Nic nie można było dostrzec, tak były gęste. Była noc, choć nie było ciemności, a raczej coś pomiędzy dniem a nocą. Widać było jedynie księżyc i słońce będące na przeciw siebie. Księżyc był na południu, jego tarcza była pełna, był wysoko, nie zbyt duży, raczej zwykły. Jego światło przedzierało się przez kłęby chmur,przez mgłę, oświetlając ziemię. Słońce było na przeciw niego, na północy, lecz niżej, nad horyzontem, bardzo duże, czerwonawe, jak typowy zachód słońca. Patrzyłem na księżyc i słońce ze zdziwieniem, że są naprzeciw siebie, w nocy, księżyc na południu a słońce na północy.

Pielgrzym – zwiastowanie

Ranek 26 września 2019r. – Widziałem jakby we śnie, czy to między snem a jawą, nie wiem – widziałem kilku młodzieńców w jasnych szatach, chyba było ich pięciu. Jeden z nich rzekł do mnie: ,,Znakiem poprzedzającym Przyjście Jezusa będzie PIELGRZYM”. On już był zawołałem – Jan Paweł II, papież pielgrzym. Lecz nic nie odrzekli, ja zaś czułem, że nie o Janie Pawle mówią, miałem wrażenie, że to […]

Wielka woda

Widzenie senne 21 listopada 2019r. – Ujrzałem zbliżającą się wodę, jakby od północy, choć pewności nie mam. Patrzyłem w dół, z piętra. Woda zbliżała się bardzo szybko, a jej poziom gwałtownie rósł (ok.0,5-1m/s). Gdy spojrzałem do góry zobaczyłem ogromną falę w kształcie litery „ C ” zmierzającą w moim kierunku. Fala była tak wysoka, że ledwo mogłem dostrzec jej grzbiet. Po chwili fala była już nade mną, znalazłem się jakby w jej wnętrzu, lecz woda mnie nie dotknęła. Przestrzeń wokół mnie była pusta, widziałem tylko spadające w pobliżu krople wody odrywające się od fali. Byłem bezpieczny i suchy. Myślałem o moich bliskich – czy przeżyli. Myślałem ile milinów ludzi zginęło.

Katastrofa lotnicza w Radomiu

W dniu 13 stycznia 2020r. miałem takie widzenie senne: Widziałem spadający samolot, był to samolot wojskowy – odrzutowy. Widziałem jak zaczyna spadać z ogromną prędkością, wielkim łukiem w kierunku lotniska. Był jakby w korkociągu, nie było widać żadnych płomieni, bardzo dobrze widziałem spód samolotu – jakby w przybliżeniu. Podwozie miał zamknięte, ja zaś patrzyłem na wloty powietrza (dwa półokrągłe) – widocznie ważne. Runął na ziemie, był ogromny wybuch i ogień. Nie jestem pewien czy doleciał do lotniska, wydaje mi się że nie, nie wiem czy były jakieś ofiary w ludziach, miałem wrażenie , że runął w jakieś zabudowania dość blisko M1, gdzieś pomiędzy M1 a lotniskiem. Nie znam daty tego zdarzenia. Nie wiem też dlaczego zostało mi to pokazane, być może będzie to związane z kościołem, moją rodziną lub jakimś znajomym, a może dlatego, że to moje okolice – nie wiem.

Ostrzeżenie

Powtarzam wam po raz kolejny bracia i siostry moje, abyście od Kościoła Świętego nigdy nieodeszli, choćby nie wiem co, pamiętajcie, choćby nie wiem co, albowiem w nim jest Chrystus i w nim będzie do końca. Zostawiłem Testament str.105 mojej pierwszej książki, będzie wam pomocą. Trwajcie przy Kościele, trwajcie przy Ewangelii Bożej. Bądźcie wierni Ewangelii Bożej a przetrwacie, a żyć będziecie. Na ścinie domu mego znajdziecie ratunek.

Zakończenie

Na zakończenie tej książki chcę przedstawić jeszcze jedno świadectwo miłości i Opaczności Bożej, świadectwo interwencji niebios. Moja córka była przeziębiona, gorączkowała. Moja żona poszła spać do córki, by czuwać nad nią w nocy, jak to zwykle bywało gdy któreś z dzieci chorowało – zawsze żona albo ja z nim spało. Była noc, ja spałem w pokoju obok, byłem bardzo zmęczony, miałem twardy sem. Nagle się zbudziłem, albo ktoś mnie zbudził – nie wiem. Czułem ogromną przenikającą całą moją duszę potrzebę modlitwy, modlitwy za moją córkę. Na wpółprzytomny klęczałem po ciemku przed krzyżem zmawiając Różaniec za moją córkę. Gdy skończyłem wróciłem do łóżka i natychmiast zasnąłem.

Około 5-tej rano wstałem by szykować się do pracy, było cicho, wszyscy spali. Przez cały dzień będąc w pracy myślałem o tej modlitwie, o jej potrzebie w środku nocy. Gdy wróciłem do domu zapytałem żonę czy Klaudia w nocy gorączkowała, czy wszystko było w porządku. Żona zaś odrzekła, że zbudził ją cichy głos córki „źle się czuję”. Zerwała się sprawdzając czy nie ma czasami gorączki. Okazało się, że jest cała zimna i wpółprzytomna. Termometr wskazał temperaturę jednie 35 kresek. Żona natychmiast zaczęła ją rozgrzewać na wszelkie możliwe sposoby, miała już wzywać pogotowie ratunkowe, ale córce się poprawiło i doszła do siebie. Byłem bardzo zdenerwowany na żonę, że mnie nie obudziła w tak poważnej sytuacji. Nie chciała mnie budzić bo wiedziała, że rano muszę wstać do pracy, a byłem bardzo zmęczony – tak to tłumaczyła. Tak czy inaczej wszystko się dobrze skończyło. Ja zaś zdałem sobie sprawę, że moja córka tej nocy umierała, a niebiosa były przy niej. Zrozumiałem jak ważna była moja modlitwa tej nocy.

Innej nocy przebudził mnie głos mojego zmarłego syna Oskara, powiedział: ‚Tato, G…….ka chce się utopić tak jak ja”, chodziło mu o to, że chce popełnić samobójstwo wybierając taką śmierć jaką on zginął. Tak to wtedy zrozumiałem. G…….ka to jego była dziewczyna. Wstałem natychmiast, wziąłem Różaniec do rąk błagając Boga i Najświętszą Matkę Maryję o miłosierdzie dla niej, by zachowana była. Jeśli chodzi o moją córkę to nie słyszałem żadnego głosu, a bynajmniej nie pamiętam, czułem tylko wielką potrzebę modlitwy za moją córkę.

Dziękuję Ci Boże w Trójcy Przenajświętszy, dziękuję Ci Matko, Królowo serca mego, wam aniołowie i święci w niebie – dziękuję.

Kamil Stanisław Banasiowski – trzynasty

Listy […]

2.Do Papieża Franciszka

Niech będzie pochwalony Zmartwychwstały Ciałem i duchem Jezus Chrystus

Ja, syn posłany dla Ewangelii Bożej, z Kościoła świętego zrodzony, w imię Pana Jezusa napominam Waszą Świątobliwość, by Ewangelia Boża nie była deptana. Wzywam Waszą Świątobliwość do opamiętania, nawrócenia i pokuty, oraz naprawy wyrządzonych szkód.

Ja, pozostaje w szczerej modlitwie za Waszą Świątobliwość.

Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu – Jedynemu Bogu

trzynasty

4.Do Prezydenta Francji Emmanuela Macrona

Katedra Notre Dame

Panie Prezydencie Macron, to nie katedrę ma Pan odbudować, lecz Katedrę! „Zburzcie tę świątynię, a w trzy dni ją odbuduję” (J2,13-22)

trzynasty

5.Do Pana Jarosława Kaczyńskiego

Szanowny Panie Prezesie

Szczerze przestrzegam Pana przed drogą jaką wybrała Irlandia. Naród ten zamienił swą wiarę na mamonę – wyrzekł się Boga w imię dobrobytu. Kraj ten zapłaci za swoją przewrotność – już płaci. W Irlandii Północnej weszły w życie przepisy liberalizujące aborcję, a niedługo zostaną dopuszczone małżeństwa jednopłciowe.

My chcemy Boga, Boga w którym jest życie, Boga, w którym jest wszystko. Jeśli Prawo Boże będzie w pańskim sercu, nikt i nic Panu nie zagrozi: ,,Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?”. Jeśli zaś zejdzie Pan z drogi prawości zostanie Pan strącony, tak prezydent, albowiem zna Bóg zamysły serc naszych. Dobrobyt nie jest niczym złym, jest dobry, ale tylko wówczas gdy jest dany przez Chrystusa, a Prawo Boże jest na pierwszym miejscu. Proszę rozważyć moje słowa, dla dobra narodu polskiego. Pamięta pan, gdzie pan był w trakcie „puczu”? Tam zawsze znajdzie pan ratunek.

Z poważaniem,

Kamil Stanisław Banasiowski – trzynasty

6.Do Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Donalda Trumpa

Do Prezydenta Donalda Trumpa

Szanowny Panie Prezydencie, jestem bardzo rad ze stosunków pomiędzy naszymi krajami, Polską i Ameryką. Cieszy mnie przyjaźń jaką można w ostatnim czasie zaobserwować. Jestem naprawdę wzruszony gdy wypowiada się Pan w sprawach mojej ojczyzny, szczególnie gdy dotyczą one wartości i wiary. Jakże często przywołuje Pan osobę Boga/boga, co można usłyszeć zawsze na koniec pańskiego przemówienia ,,Niech Bóg/bóg błogosławi Ameryce”. Mam, Panie Prezydencie do Pana tylko dwa pytania, które mnie nurtują, chodzi mianowicie o Boga/boga, na którego się Pan powołuje. Kim jest ten Bóg/bóg, czy to Bóg Abrahama, Izaaka, Jakuba i mój – Ojciec Syn i Duch Święty, czy też jakiś inny bóg? Co mówi ten Bóg/bóg o nierozerwalności małżeństwa, jakie stanowi kobieta i mężczyzna? Pytam, bo bardzo chcę to wiedzieć. Pytam, bowiem zatrważająca jest skala okultyzmu w pańskim kraju, czego nie brakuje również w moim, lecz w moim kraju nie nosi się broni palnej, lecz wiesza krzyż w domu i nosi różaniec.

Niech Bóg Panu błogosławi Panie Prezydencie, niech Bóg błogosławi Ameryce – Ojciec, Syn i Duch Święty.

Z poważaniem,

Kamil Stanisław Banasiowski – trzynasty

8.Do Ojców Kościoła świętego

Do Ojców Kościoła świętego

Niebo jest moją stolicą,a ziemia podnóżkiem stop moich. Jakiż dom zbudujecie Mi,mówi Pan, albo gdzież miejsce odpoczynku mego? Czyż tego wszystkiego nie stworzyła moja ręka? ” [Dz 7,49-50]

Wy, twardego karku i opornych serc i uszu! Wy zawsze sprzeciwiacie się Duchowi Świętemu. Jak ojcowie wasi, tak i wy. Któregoż z proroków nie prześladowali wasi ojcowie? Pozabijali nawet tych, którzy przepowiadali przyjście Sprawiedliwego. A wyście zdradzili Go teraz i zamordowali. Wy, którzy otrzymaliście Prawo za pośrednictwem aniołów, lecz nie przestrzegaliście go.” [Dz 7,51- 53]

Rada

Jakże często mogliśmy usłyszeć od naszych matek: „ Załóż dziecko czapkę, bo jest zimno na dworze, bo wiatr wieje – bo głowę przeziębisz, bo ci do uszu nawieje”. I choć wiemy, że dobra to rada, z miłości płynąca i troski – to czy jej słuchamy, czy też musimy przekonać się sami?

Tak też Matka nasza Maryja, czyż nas nie ostrzega od wieków już kilku: „Módlcie się i pokutujcie, by kary nie przyszły” – lecz my widać musimy przekonać się sami.

Od Autora

Kiedy mówię ludziom, że kiedyś byłem wierzący, a dziś już nie jestem, że dziś to już nie jest wiara, wpadają w konsternację. Tłumaczę im wtedy na przykładzie złotego pociągu. Większość chyba słyszała o poszukiwaniu złotego pociągu III Rzeszy, który między listopadem 1944 a końcem stycznia 1945 roku miał wyruszyć z Wrocławia w kierunku Wałbrzycha, cały wypełnionego złotem. Wszyscy, którzy wierzą w jego istnienie szukają go przekopując ziemię, zjeżdżają się z całego świata by go odnaleźć. Czemu to robią? Bo wierzą, że on naprawdę istnieje, w przeciwnym razie by tego nie czynili. Jednak w momencie gdy go znajdą, gdy go zobaczą na własne oczy, gdy ujrzą jego zawartość, gdy w pełni będą czerpać z jego zasobów – wtedy wiara się skończy, bowiem złoty pociąg stanie się faktem. Podobnie jest i zemną. Moja wiara się skończyła gdy poznałem Boga i Jego skarbnicę, z Jego woli, bowiem tak Pan Bóg postanowił. Dziś Bóg w Trójcy Jedyny jest dla mnie faktem, rzeczywistością, skarbem, który znalazłem i z którego czerpię. Zaświadczam wszem i wobec, że kłamstwem jest stwierdzenie iż Bóg jest irracjonalny, że wiara stoi w sprzeczności z rozumem. To nie prawda! Jeśli chcecie poznać Boga i zrozumieć Go, módlcie się oto. To właśnie w Duchu Bożym jest prawdziwa mądrość i prawdziwe zrozumienie.

Jezu, uwielbiam Ciebie i błogosławię Tobie.

Kamil Stanisław Banasiowski – trzynasty

Na koniec:

Brać przykład z Jezusa i Matki Jego, nie oznacza by czynić wszystko to samo, albowiem na każdego człowieka Bóg może mieć swój plan. Brać przykład z Syna Bożego i Maryi, Matki Jego oznacza przede wszystkim posłuszeństwo woli Ojca, który jest w niebie, posłuszeństwo do końca.

Kamil Stanisław Banasiowski – trzynasty

Miłość objawiona

21 Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie. 22 Rzekł do Niego Juda, ale nie Iskariota: Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?23 W odpowiedzi rzekł do niego Jezus: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać. 24 Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca.” [J14,21